Miłkowice woj. wielkopolskie

Szkoła

Szkoła w Miłkowicach



Szkoła parafialna w Miłkowicach
 
W Rzeczypospolitej do chwili powołania Komisji Edukacji Narodowej w roku 1773 system szkolnictwa oparty był na sieci szkół parafialnych. Na podstawie archiwalnych dokumentów z przeprowadzonych wizytacji parafii i szkół funkcjonujących w okresie od XVI w. do XVIII w. historycy ustalili sieć szkół parafialnych w archidiakonacie uniejowskim archidiecezji gnieźnieńskiej. Warto dodać, iż w tym okresie oprócz szkół parafialnych, uczyły szkoły kolegiackie w Uniejowie i Łasku, szkoła (parafialna) przy kolegiacie w Sieradzu oraz kolonia akademicka w Widawie (Akademia Widawska). W przypadku Miłkowic mamy oczywiście także udokumentowane funkcjonowanie szkoły parafialnej w wymienionych wiekach. Nie ma dokumentów mówiących o istnieniu szkoły wcześniej, ale można domniemywać, że istniała także w XV wieku. Metryka Uniwersytetu Krakowskiego z lat 1400-1508 wymienia bowiem trzech studentów pochodzących z Miłkowic: Martinus de Milkowycze (rok 1407), Mathias Andree de Milkouicze (rok1440 za rektoratu Jana z Dobrej), Nicolaus Andree de Mylkowicze (rok 1459). Chcąc pobierać nauki na Uniwersytecie Krakowskim nie tylko trzeba było być dobrze uposażonym, ale przede wszystkim  posiadać elementarną wiedzę oraz posługiwać się łaciną. Taką wiedzę mogli nabyć w szkole parafialnej w Miłkowicach.
Poniżej tabela przedstawiająca informacje dotyczące szkoły parafialnej  w Miłkowicach oraz szkół z sąsiednich parafii.
 


W jaki sposób utrzymywała się szkoła parafialna?. 

  Autor książki „Szkoły parafialne w XVI-XVIII wieku” ks. Mieczysław Różański pisze: „Podstawowym źródłem utrzymania szkoły był zapis dokonany w akcie erekcyjnym parafii oraz późniejsze fundacje proboszcza lub parafian na rzecz szkoły, nauczyciela bądź uczniów”. Z jakiego źródła pochodziło źródło utrzymania szkoły w Miłkowicach niestety nie mamy informacji poza jedną. Otóż z wizytacji 1683 roku dowiadujemy się, że uposażeniem szkoły parafialnej w Miłkowicach był ogród. Kim byli nauczyciele szkoły, kogo i czego uczyli? Nie było wówczas szkół przygotowujących do zawodu nauczyciela. Osoby uczące wcześniej zdobywały wiedzę w szkołach parafialnych, zwłaszcza miejskich, kolegiackich oraz na Uniwersytecie Krakowskim. Nauczycielami były też osoby duchowne. W przypadku Miłkowic tak jak i innych parafii nie ma zbyt wielu informacji o nauczycielach. W 1683 roku wiemy, że nauczycielami byli Walerian Iwiacowicz i Walenty, obaj posiadający tytuł Rectora Scholae. Zapłata dla nauczyciela była często niewiadomą. Z tej samej wizytacji dowiadujemy się, że nauczyciel w Miłkowicach dostawał zapłatę pro posse solariat (według możliwości). Do szkół parafialnych uczęszczali chłopcy, dziewczęta praktycznie się nie uczyły, chyba że trafiały do szkół zakonnych. Szkoły liczyły od kilku do kilkunastu uczniów, w szkołach miejskich nieco więcej. Nie było jednolitych programów szkolnych nakładanych do realizacji.. Uczono min. podstaw łaciny, katechizmu, śpiewu kościelnego. Poziom nauczania był zróżnicowany.  Wiek XVIII był w zasadzie upadkiem systemu szkolnictwa parafialnego. Przetaczające się wojny, upadająca gospodarka, a w końcu  zabory doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej.
 
Przygotowano na podstawie:
1.       Szkoły parafialne w XVI-XVIII wieku, autor ks. Mieczysław Różański.
2.       Metryka Uniwersytetu Krakowskiego z lat 1400- 1508 (2 tomy), wydali Antoni Gąsiorowski, Tomasz Jurek, Izabela Skierska przy współpracy Ryszarda Grzesika.




Studenci z Miłkowic











Z pobliskich okolic w tamtym czasie studiowało stosunkowo dużo studentów. Z Turku - 10 studentów, z Dobrej - 10, z Warty - 26, ze Skęczniewa - 1, z Potworowa -2, z Żeronic - 1, z Jeziorska -1, z Kowali Pańskich - 1.

Materiały nadesłane przez Stanisława Stasiaka


  Łódzka Regionalna Biblioteka Cyfrowa CYBRA
Sieć szkół parafialnych w archidiakonacie uniejowskim w 1683 r.11
(Proboszczem parafii Miłkowice był ks. Sebastian Małecki – notowany w l. 1683-1688, dopisek  mój)
 
KS. MIECZYSŁAW RÓŻAŃSKI SZKOLNICTWO PARAFIALNE W ARCHIDIAKONACIE UNIEJOWSKIM
W ŚWIETLE WIZYTACJI Z 1683 ROKU(fragmenty)
Przechowywana w Archiwum Diecezjalnym we Włocławku wizytacja archidiakonatu uniejowskiego z 1683 r.1 jest drugą z kolei zachowaną do naszych czasów wizytacją z tego terenu. Sporządzona została na zlecenie arcybiskupa gnieźnieńskiego Jana Stefana Wyżgę h. Jastrzębiec (1679–1685) przez archidiakona kolegiaty kolegiackiej w Uniejowie ks. Andrzeja Pruskiego3. Jest ona czystopisem akt zawierającym całkowitą wizytację archidiakońską zewnętrzną, tzn. przedstawia stan materialny parafii i wewnętrzną, czyli dotyczący życia duchowieństwa, służby kościelnej, parafian, a zatem również nauczycieli.
Przyjęto zasadę, że tam istniała szkoła parafialna, gdzie jest wzmianka o samej szkole lub nauczycielu. Wydaje się, że jeżeli wizytator stwierdza istnienie szkoły lub podaje uposażenie nauczyciela, bądź też mówi o jego obowiązkach, to można przyjąć, że w parafii tej istniała szkoła, w której uczono, chyba,  że wyraźnie stwierdzono jej brak.
Sieć szkół w archidiakonacie była następująca: w dekanacie uniejowskim na 22 zwizytowane parafie jest 20 informacji dotyczących szkół. Utrzymanie szkoły parafialnej, w myśl polskich uchwał synodalnych, w zasadziespoczywało na proboszczu. To on miał zatroszczyć się o budowę szkoły, o
nauczyciela i jego utrzymanie. Podstawą finansowania, szczególnie gdy chodzi o utrzymanie nauczyciela, były dochody z parafii, z których otrzymywał pewną część. Poza tym o szkołę mieli zadbać sami parafianie, budując szkołę, konserwować ją, a w razie konieczności – odbudowując. Nauczyciela wynagradzano zarówno w pieniądzach, jak i w naturaliach, lub też wykonywano usługi na jegomrzecz. Źródłem utrzymania nauczyciela i szkoły były też fundacje. Najważniejszą z nich była fundacja erekcyjna, która określała uposażenie nauczyciela w kawałek ziemi, ogród, lub też wyznaczała mu dziesięcinę z jakiejś wsi. Były też fundacje od osób – proboszcza, parafian na rzecz szkoły, nauczyciela czy też uczniów.
Ksiądz Pruski przekazał w swoich zapisach wizytatorskich imiona i nazwiska nauczycieli, którzy w czasie jego pobytu w parafii pełnili tę funkcję. Lista ta przedstawia się następująco:
Dekanat Uniejów
Lp. Parafia i filia                 Imię i nazwisko                  Źródło
1. Boleszczyn                    Andrzej                                 s. 241
 2. Brzeźno                        Paweł                                    s. 182
 3. Burzenin                       Szymon Waskiewicz            s. 171
 4. Charłupia Mała             Maciej Rycerski                   s. 213
 5. Chojne
 6. Dąbrowa                        Jan                                        s. 195
 7. Dobra
 8. Jeziorsko
 9. Kamionacz
10. Kliczków
11. Miłkowice                    Walerian Iwiacowicz           s. 233
12. Spicmierz
13. Stolec                        Grzegorz s. 180
14. Tubądzin
15. Uników
16. Klonów (filia par. Uników)
17. Warta
18. Wągłczów
19. Wróblew
20. Złoczew                      Jan Zygulski                           s.178
21. Sieradz                       Piotr Antoni Czechowski        s. 206
22. Charłupia Wielka       Grzegorz Wawrowicz              s. 19323. Skęczniew Kasper s. 235
Od nauczycieli wymagał Kościół nienagannego życia pod względem moralnym i wypełniania praktyk religijnych. Uczniowie nie byli w sposób bezpośredni zależni od parafii i jej proboszcza, a program nauczania w sposób ogólny był określony przez synody Kościoła w Polsce.
 


Rok 1907 zatwierdzenie szkoły w Miłkowicach
(Gazeta Kaliska)
— Zarząd P. M. S. otrzymał od naczelnika dyrekcji naukowej kaliskiej odezwę z dn. 25 sierpnia st st. Nr. 3770, donoszącą o zatwierdzeniu następujących szkół Macierzy w gub. kaliskiej:
w pow. tureckim: w osadzie Dobra (szkoła jedno- klasowa żeńska, 
we wsi Miłkowice (szkoła jednoklasowa ogólna):
w pow. kaliskim: w mieście Błaszki (szkoła jedno-klasowa ogólna);
w pow. kolskim: w osadach Brodów i Izbica, oraz we wsi Koźminek (szkoły jednoklasowe ogólne);
w pow. słupeckim: w osadzie Kazimierz i we wsiach Mniszki i Wilczyn (szkoły jednoklasowe ogólne);
w pow. sieradzkim: w mieście Warta i we wsi Zduny (szkoły 1-kl. ogólne);
w pow. łęczyckim: w mieście Ozorków (szkoła jednokl. ogólna).





Księga Pamiątkowa Miłkowic 
Nadesłał Sławomir Sieradzan 

W 1913 roku w Miłkowicach powołano czteroklasową szkołę powszechną. Pierwszą nauczycielką była J. Gorzyńska. Uczyła 82 uczniów. Szkoła mieściła się w domach prywatnych, najpierw u p. Wojciecha Sieradzana, później Kaczmarka. W 1934 roku pracowali w szkole nauczyciele Marian Pytasz i J. Drzewiecki. W 1939 roku rozpoczęto budowę nowej szkoły, zrobiono fundamenty, podciągnięto ściany. W czasie wojny została zlikwidowana przez okupanta. 


Zdjęcia przekazane przez Krystynę Błachowicz - córkę Zofii (Osiewalanki ) Mleczko.


1927 rok  uczniowie szkoły w Miłkowicach i kierownik szkoły.
Na zdjęciu po lewej stronie od nauczyciela (p. Pytasz) - nieznana dziewczynka. obok Zofia i Walentyna Osiewalanki, w drugim rzędzie  pierwszy z prawej  Józef Kaczmarek

  
Na zdjęciu prawdopodobnie ks. Karol Morozewicz, nauczyciele p. Pytasz z rodziną (nazwisk dwóch pań nie zdołano ustalić) i uczniowie. Czwarta od prawej w marynarskim stroju z warkoczami to Zofia Osiewała.
Na zdjęciu widnieje data 1932 r.
 


" Szkoła Powszechna w Miłkowicach odział IV - V, dnia 15.06.1934 r"
Zdjęcie przesłał Roman Kujawiński Miłkowice
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
 
" Szkoła Powszechna w Miłkowicach odział IV - V, dnia 15.06.1934 r"
(napis na odwrocie zdjęcia)
Na zdjęciu nauczyciel p. Pytasz,
 uczniowie nie zostali rozpoznani. Szkoła mieściła się w domostwie Piestrzyńskich obok wybudowanej później szkoły. 


Informator 
Kazimierz Osiewała lat 88, urodzony w Miłkowicach. W czasie II wojny wywieziony na roboty przymusowe na tereny III Rzeszy. Obecnie mieszkaniec Wrocławia
Tajne nauczanie
Kazimierz Osiewała przekazał informacje o tajnym nauczaniu w rejonie Miłkowic w czasie II wojny światowej. Informacje odnoszą się to tylko do jego przeżyć, ale są dowodem na to, że takie nauczanie w czasach wojny się odbywało. Tajne nauczanie prowadziła p. Janecka, nauczycielka przybyła z Poddębic lub okolic, w zakresie szkoły podstawowej. Mieszkała w czasie wojny na Zaspach pod lasem z dwójką dzieci. Komplet, w którym uczestniczył p. Kazimierz, składało się z pięciorga dzieci. Zapamiętane nazwiska oprócz p. Kazimierza to Kosmalski z Jeziorska, Kokotówna z Zasp. Miejsca prowadzenia zajęć często zmieniały się, odbywały w prywatnych domach na Zaspach i w Ostrowie Warckim.
Do tajnej szkoły p. Kazimierz uczęszczał przez dwa lata. Chodził granicami, przez pola, a zimą brnąc w głębokim śniegu. Rodzice uiszczali opłaty za naukę syna. Edukację przerwała wywózka na roboty przymusowe.


Zdjęcie przesłała Elżbieta Michałowicz
Uczniowie i nauczyciele szkoły w Jeziorsku rok 1945. Kierownik szkoły p. Wincior, jego żona i syn, który także pracował w tej szkole. Uczniowie z Miłkowic uczęszczali do szkoły w Jeziorsku. Rozpoznano na zdjęciu Urszulę Tomczyk, Grzegorza Kunickiego, Zofię Serafin, Wandę Gozdal, Janinę Wożniak, Zdunek(imienia nie pamiętam)
Informacji Elżbiecie Michałowicz udzieliła widoczna na zdjęciu Zofia Wojtaszczyk z d. Serafin.



 Wieloletnią kierowniczką szkoły była pani Janina Ławińska absolwentka Uniwersytetu Wileńskiego.
 



Zajęcia lekcyjne odbywały się w domach p.p. Janickiego, Sieradzana,  Piestrzyńskiego, Bednarka i w organistówce.




  
Organistówka stan przed rozbiórką 
Fot. Mirosław Rychlewski

 

Wybudowanie nowej szkoły w 1950 roku dopiero rozwiązało problem.
 


Szkoła w Miłkowicach
Zdjęcie nadesłała Katarzyna Studzińska
 W 1948 roku powołano Komitet Budowy Szkoły w Miłkowicach w składzie:
przewodniczący - ks Wacław Gawrysiak
zastępca - Tomasz Sieadzan
sekretarz-  
Stanisław Jakomulski
Inicjatorem budowy szkoły była pani Janina Ławińska oraz mieszkańcy wsi. W 1948 roku rozpęto budowe szkoły. 27.08.1950 oddano szkołę do użytku. Stanisław Kaczmarek był wieloletnim przewodniczącym Komitetu Rodzicielskiego. Janina Ławińska, absolwentka Uniwersytetu Wileńskiego, znalazła się na terenie Miłkowic po repatriacji z Wileńszczyzny. Przez wiele lat, aż do emerytury, kierowała szkołą z ofiarnością i oddaniem.
 
 


Klasa szkolna - nauczyciele od lewej: p. Ławińska, p. Błaszczyk, p. Bazan
Zbiory własne
 

Uczniowie podczas zajęć siedzieli w drewnianych ławkach(widoczne na zdjęciu). We wgłębieniu pulpitu znajdował się kałamarz napełniony atramentem. Pisząc, zanurzali w nim pióra z metalową stalówką. W zeszycie musiała być bibuła, gdyż należało osuszyć zapisaną stronę lub zlikwidować kleksy, które były zmorą piszących Jedna z klas, które były duże i przestronne, służyła za salę gimnastyczną. Latem w-f odbywał się na boisku szkolnym. W szkole był sklepik szkolny, funkcjonowały kółka zainteresowań- taneczne i teatralne. Bibliotekę prowadziła Pani Ławińska. Odbywały się konkursy recytatorskie i czytelnicze.


Na zdjęciu uczniowie szkoły, w środkowym rzędzie nauczyciele-
Włodzimierz Terlecki, Janina Ławińska, ks. Franciszek Podgórski, Maria Skrzydlakówna
i woźna Andzia Aniołczyk

Zbiory własne

Najstarszy rocznik - pierwszy rząd od prawej: Miłkołaj Kałużny, Szymczak, Letki, Zygmunt Rulka, Boleslaw Smyczek, Jan Krysiak; II rząd - Genowefa Kucharska, Tereska Jeziorna, Wanda Pawlak, Józef Michalak, Pelagia Jasiak, Marysia Kowalska; III rząd Andzia Aniołczyk(woźna), nauczyciele - Włodzimierz Terlecki, Maria Skrzydlak, ks. Podgórski, Janina Ławińska(kierownik szkoły), uczennice Teresa Tomczyk, Helena Tutak; na dole xxx, Zofia Kochanek, Ludwiczak


 Zdjęcia udostępniła Janina Frącala


Uczniowie szkoły w Miłkowicach z wychowawczynią Teresą Kaczmarek - lata pięćdziesiąte XX wieku
w drugim rzędzie druga od lewej w białej bluzeczce Mirusia Aniołczyk


Janina Bilska z m. Jakomulska z wychowankami (lata pięćdziesiąte). W tle widoczna widoczne siedlisko rodziny Sieradzanów. 
 

Szkoła w Miłkowicach lata 60-te                                                                  
Zdjęcia przesłał Ryszard Kaczmarek

Nauczyciele: Janina Jakomulska, Eugeniusz Włodarczyk, uczniowie  dolny rząd - Ryszard Kaczmarek,  Paweł Trzepacz; środkowy Leszek Krzyżański, Bogdan Zdunek, x, Zdzisław Bednarek


Wychowawca Eugeniusz Włodarczyk; górny rząd od prawej - x, Ryszard Kaczmarek, Leszek Krzyżański, Mirek Krawczyk, Józef Zietek, Zdzisław Rychlewski;  drugi rząd od lewej - Franciszek Rulka, Bogdan Zdunek, Józef Graczyk, x, x; dolny rząd  od lewej - Irena Aniołczyk, x, Eugeniusz Włodarczyk, Krystyna Piestrzyńska, Jadwiga Misiak





Wychowawca Eugeniusz Włodarczyk, wśród uczniów Ryszard Kaczmarek, Bogdan Zdunek, Paweł Trzepacz. W tle siedlisko p. Sieradzanów. To własnie tam, między innymi,  mieściła się pierwotnie szkoła.

Nauczyciele  drugi rząd od prawej: Eugeniusz Włodarczyk, Elżbieta Sieradzan, Kierownik szkoły p. Janina Ławińska, Teresz Kaczmarek. Uczniowie pierwszy rząd od góry - Ryszard Kaczmarek, Sławomir Kurzawa, Józef Letki, Józef Graczyk, Jan Misiak, Bogdan Zdunek, Paweł Trzepacz, Leszek Krzyżański: drugi rząd od prawej - Kazimierz Pawlak, Franciszek Rulka, x,x, x; dolny rząd - x, Jadwiga Misiak, Krystyna Piestrzyńska, x, Józef Ziętek

Wychowawczyni klasy p. Kuszczyńska. Uczniowie dolny rząd - Aniołczyk, x, Marek Kaczmarek, x,x, Wawrzyniak; drugi rząd od lewej - Borusiak, Piotr Osiwała, Mieczysław Wasiak, x, Ryszard Piestrzyński, Misiak,x,x, 


Dziesięć lat później,  od lewej - Stanisław Janicki, Mikołaj Grabarczyk, Ryszard Kaczmarek, Józef Grabarczyk( bracia bliźniacy), Antoni...  

 

Informacja Tomasza Bekalarka:
 
"1985roku na poddaszu szkoły doszło do zwarcia instalacji elektrycznej. Spłonęło poddasze (częściowo?), łącznie z pomieszczeniami zajmowanych przez mieszkającą tam rodzinę. Szkoła po pożarze oraz akcji ratunkowej straży nie nadawała się do użytkowania, częściowo została zalana wodą. Uczęszczające do szkoły dzieci (klasy 1-3 lub 1-4 łączone) przez około miesiąc dowożone były do szkoły w Potworowie za Dobrą. W wyniku starań rodziców uruchomiono szkołę w budynku przy kościele, w którym dokończono rok szkolny."

Na skutek zmian jakie zaszły na tych terenach w związku z budową zbiornika Jeziorsko, zmniejszyła się liczba ludności, co spowodowało zamkniecie szkoły. Obecnie gmina planuje wykorzystanie jej do celów turystycznych i edukacji ekologicznej.

Szkoła w Miłkowicach rok 2008

 

 


 
 
 

  Zdjęcia nadesłane przez Jacka Gajewskiego
 

Rozdział 17. W szkole

„W cieniu jesionów” – Halina Studzińska ISBN: 978-83-932165-1-2


Edukację rozpoczęłam o rok wcześniej niż inne dzieci. Nie miałam nawet ukończonych sześciu lat. Przyczyną były układy towarzyskie. Wszystkie moje koleżanki szły do szkoły objęte obowiązkiem szkolnym. Bardzo byłam zrozpaczona, smutna i niepocieszona, gdyż tylko ja miałam zostać w domu.
- Co ja będę robiła, gdy one będą w szkole?! – pytałam mamę, przerażona wizją osamotnienia.
Wywierałam presję na rodziców, płakałam. Zaproszono w końcu do domu panią Ławińską, kierowniczkę miejscowej szkoły, aby poradzić się, co ze mną zrobić. Nauczycielka znała mnie już trochę i nie miała wątpliwości, że sprostałam obowiązkom ucznia. Należało jeszcze pokonać barierę administracyjną. Nadarzyła się okazja. Do szkoły zawitał inspektor, wiec tato przedstawił mu sprawę mając wsparcie pani Ławińskiej, która zaręczyła, że dam sobie radę w nauce. Wkroczyłam więc z nowym rokiem w progi szkoły niosąc buławę przyszłych dokonań uczniowskich w nowo zakupionej teczce. Mieściły się tam też książki, zeszyty, kredki, ołówek i pióro ze stalówką.
Pierwsza szkoła mieściła się w budynku prywatnym. Klasy były łączone i skupiały dzieci w różnym wieku, rozpiętość była naprawdę duża. Czas wojny uniemożliwił edukację i teraz nadrabiano braki. Zabawne to były sytuacje, kiedy w czasie przerw bawiliśmy się w towarzystwie wyrośniętych dryblasów. Nauka podobała mi się, gdyż to było zawsze jakieś urozmaicenie, a trudności w przyswajaniu wiedzy nie miałam.
Zasiadłam w ławce drewnianej, ze skośnie pochylonym pulpitem i połączonym z całością siedzeniem. Wierzchołek ławki wieńczyła prosta deseczka z otworem na kałamarz z atramentem. Całość pomalowana była na kolor zielony. Ławki były zróżnicowane, mniejsze na przedzie klasy, większe z tyłu. Ścianę przednią zajmowała czarna tablica. Na wypustce dolnej, w małej skrzyneczce, spoczywała kreda i ściereczka do mazania zapisanych literek. Pani Ławińska, nasza nauczycielka, miała stolik umiejscowiony przed rzędem ławek stojących bliżej okna. Po drugiej stronie klasy stał piec kaflowy służący do ogrzewania pomieszczenia.
Naukę zaczynaliśmy od powstania z ławek i powitania nauczycielki zbiorowym zaśpiewem:
- Dzień dobry pani!
Następnie odmawialiśmy modlitwę.
- Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, by nasza nauka była dla nas pożytkiem doczesnym i wiecznym. Amen.
Siadaliśmy dosyć hałaśliwie, wyjmowaliśmy książki i zeszyty, Pani otwierała dziennik, wyczytywała kolejno nazwiska, a my słysząc swoje wstawaliśmy, mówiąc:
- Obecna - lub - obecny.
Gdy kogoś nie było, a wiedzieliśmy to już zawsze przed lekcją, wołaliśmy przekrzykując się, gdy Pani wyczytywała jego nazwisko:
- Nie ma go dzisiaj w szkole!
- Dobrze, dobrze… - mówiła Pani stawiając kreseczkę w odpowiedniej rubryczce.
Po czynnościach wstępnych zaczynaliśmy edukację pod czujnym okiem naszej nauczycielki, pełni dobrych chęci i zainteresowania każdym jej słowem. Poznawaliśmy literki, pisaliśmy, śpiewaliśmy piosenki i bardzo chętnie rysowaliśmy. Ćwiczyliśmy tańce na alejce wiodącej do budynku. Szczególnie zapamiętałam trojaka, który niezbyt mi wychodził. Zaprawialiśmy się też w gimnastyce na skrawku obsianego trawą ogródka. Nasza Pani była spokojna, uśmiechnięta i z wielką troską się nami zajmowała. Była już starszą osobą, ale bardzo elegancką. Lekko siwiejące, falowane włosy spinała w kok z tyłu głowy, co nadawało jej bardzo dystyngowany wygląd. Mówiła z lekkim akcentem charakteryzującym mieszkańców Wileńszczyzny – zawsze lekko przechylając na bok głowę. Bardzo ją lubiliśmy i staraliśmy się nie sprawiać jej przykrości, gdyż wydawało nam się, że nie wypada się źle zachowywać w jej obecności. Lekcje przebiegały w miłej atmosferze, zakłócanej niekiedy dukaniem jakiegoś nie nadążającego za klasą osobnika, co wywołało niezadowolenie nauczycielki i klasy. Wyrabialiśmy się w samodzielności, gdyż klasa była połączona z wyższą o jeden rok w hierarchii szkolnej jednostką organizacyjną, to znaczy klasą drugą. Brakowało nauczycieli i lekcje przeciągałyby się niemiłosiernie gdybyśmy kształcili się oddzielnie. Ja i Jasia zawsze szybko zrobiłyśmy co należało i pozostały czas poświęcałyśmy na cichutkie rozmowy towarzyskie. Kiedyś tak się zagłębiłyśmy w wymianie myśli, że zupełnie nie zauważyłyśmy przejścia Pani na naszą stronę. Wyrwane do odpowiedzi nie miałyśmy pojęcia czego dotyczyło pytanie. Naraziłyśmy się na śmiech klasy, co nie było miłe, nie mówiąc już o nieprzyjemnych uwagach Pani pod naszym adresem. Z czasem opanowałyśmy sztukę rozmowy z oczami wpatrzonymi w przednią część klasy i wtedy zawsze widziałyśmy, kiedy nauczyciel ma zamiar kontynuować lekcję z naszą pierwszo-klasową gromadką. Na zakończenie nauki w danym dniu głośno i wyraźnie odmawialiśmy modlitwę końcową:
„Dzięki Ci Boże za światło tej nauki, pragniemy, abyśmy nią oświeceni, mogli Cię zawsze wielbić i wolę Twoją wypełniać. Amen.” - i wybiegaliśmy z impetem z klasy uważając bardzo, aby nie wpaść na naszą Panią. Wracaliśmy w grupie rówieśników do domu. W ciepłe dni drogą przez Kąty, chyba że padał deszcz, to wtedy rezygnowaliśmy z tej trasy, gdyż była krótsza ale zabłocona i szliśmy do krzyżówek i dalej przez wieś. Droga do szkoły w zimowe dni bywała trudna, gdyż pokryta lodem przestrzeń powodowała nasze częste upadki.
W domu witana byłam z należytą powagą jako uczennica. Czytałam strony elementarza głośno i dobitnie, zerkając spod oka na młodszego brata, aby wykazać swoją wyższość jako osoba, która wie i umie już więcej. Stał więc obok mnie wpatrując się w litery i w ten sposób nauczył się, nie widomo kiedy, czytać i pisać. Kiedy już pokonał barierę nieznanego, czytał co się dało - gazety, książki i wszelkie słowo drukowane jakie znalazło się w zasięgu jego oczu, gdyż elementarza nie zawsze chciałam mu użyczać. Ja przenosiłam nawet rytuał czytania do łóżka, kiedy już mama zarządziła spanie. Ukradkiem brałam latarkę do ręki i czytałam pod pierzyną. W końcu mama się zorientowała w moich szachrajstwach i ukróciła ten proceder. Wszystko układało się dobrze, ale nikt nie przewidział, że w związku z przedwczesnym rozpoczęciem edukacji, będę miała w przyszłości problemy.
` Od nowego roku szkolnego szkołę przeniesiono do organistówki. Jedną jej część zajmował kościelny, a druga, zwolniona przez organistę, stała pusta. Wykorzystano ją na klasy szkolne. Wszystkie dzieci miały bliżej do szkoły, a my szczególnie, gdyż przechodziliśmy tylko na drugą stronę drogi. Powtórzyła się znowu historia, tym razem z moim bratem. Zapragnął pogłębić edukację i rozszerzyć horyzonty wiedzy mając pod bokiem przybytek oświaty, tylko niedomagał z wiekiem - był więcej niż o rok młodszy niż pozostali koledzy z pierwszej klasy, ale że u mojego boku wyedukował się należycie, pani Ławińska przyjęła go z otwartymi rękami. Nie wszystkie dzieci nadążały za wymogami programu obarczone koniecznością pomocy w gospodarstwie, więc taki bystry dzieciaczek w klasie był dobrym nabytkiem. Uczył się doskonale, a na przerwach pił kawę z mlekiem, jak zresztą wszystkie dzieci. Przynosiliśmy z domu garnuszki, pani Andzia szykowała gorącą kawę i na przerwie zjadaliśmy śniadanie popijając tym eliksirem uczniowskim. Zjawił się jednak inspektor - budowano już wtedy szkołę więc wizyty były częste - wypatrzył niezgodność rocznika u mojego brata i zdecydował:
- Zdzisław Kaczmarek ma zaprzestać nauki szkolnej i czekać do następnego roku!
Klamka zapadła. Wziął teczkę i garnuszek nieszczęsny żak i przyszedł z płaczem do domu. Bolał szczególnie nad pozbawieniem go możliwości picia kawy!!! Na nic się zdały wysiłki mamy, aby przygotować mu ten upragniony napój. Chodziło o to, że w szkole pił go w towarzystwie rówieśników!!! Pozostawał więc w domu, gdy ja dumna jak paw wychodziłam rankiem do szkoły. Wyglądał na drogę i czekał kiedy jego klasa wybiegnie po lekcjach ze szkoły. Przyłączał do nich i chociaż na ten krótki czas był razem. Nadeszła późna wiosna. Pani Ławińska napomknęła inspektorowi o uczniu, który opuścił progi jej szkoły, wychwalając jego zdolności. Przywołał pan inspektor Zdzisiunia przed swoje oblicze, nie wierząc, że tak małe dziecko posiada już umiejętność biegłego czytania i liczenia - a z matematyki był naprawdę dobry – wyjął ze swojej inspektorskiej torby słowo drukowane i przykazał:
- Czytaj!
Zdzisio czytał i czytał, biegle i ze zrozumieniem, na dodatek potrafił sensownie odpowiedzieć na zadane pytania odnośnie przeczytanego tekstu. Liczył też bez zająknienia. Porozmawiał pan inspektor z nauczycielką, która też zdawała sobie z tego sprawę, że dziecko będzie się zwyczajnie nudziło zaczynając od następnego roku pierwszą klasę. Decyzja zapadła. Zdzisio bez uczęszczania do pierwszej klasy miał od nowego roku szkolnego rozpocząć naukę w klasie drugiej. Nie dostał jednak świadectwa ukończenia klasy pierwszej, nad czym boleje do dzisiaj. Nad pozbawieniem go możliwości picia kawy w towarzystwie rówieśników, także…

Aby budynek szkolny została ukończony na czas, nasz tato jak i cały aktyw dwoił się i troił pomagając ze wszystkich sił. Dobiegała nareszcie końca wędrówka dzieci po prywatnych domach. Nowy rok szkolny powitaliśmy w nowej szkole, przestronnej, chyba nawet zbyt dużej jak na potrzeby miejscowości, która w przyszłości zamiast rozwijać się, z przyczyn od siebie niezależnych, zaczęła się kurczyć. Skończył się trudny czas klas łączonych. Miejsca było teraz dosyć. Przybyło nauczycieli. Zaczęliśmy normalną naukę. Wychowawców mieliśmy mądrych, zaangażowanych i starających się dotrzeć do każdego ucznia. Świadectwa moje i brata nie budziły zastrzeżeń, więc dumni rodzice, aby podkreślić swoje zadowolenie z dzieci, prowadzili nas na zakończenie roku szkolnego do pani Anieli, gdzie napawaliśmy się smakiem wiśni „szklanek”, których wtedy nie mieliśmy w ogrodzie. Robili to aby nam sprawić przyjemność i podkreślić, że są naszymi osiągnięciami w nauce usatysfakcjonowani.
Oczywiście, że mieliśmy drobne potknięcia, gdyż trudno sobie bez nich wyobrazić naukę szkolną. Mój brat został kiedyś w kozie - mówiąc bardziej zrozumiale, siedział za karę po lekcjach – gdyż na głos dzwonka wybiegł z ze swoim kolegą Kazikiem z takim impetem z klasy, że pani Ławińska poczuła się zagrożona ... Dzieciaki idąc do domu krzyczały pod naszym oknem:
- Pani kowalka, Zdzisiek został w kozie, został w kozie…! – więc mama była poinformowana na bieżąco o niepowodzeniach syna w szkole. Mnie się to też kiedyś przytrafiła koza, ale że została prawie cała klasa, nie było to znowu tak uciążliwe.
Przytoczę tutaj wydarzenie, które zapisało się na trwale w mojej pamięci, a dotyczyło drogi do szkoły. Odbywałam ją z młodszym braciszkiem. Był wczesnowiosenny dzień. Rów przy głównej szosie, naprzeciw kuźni, jak zwykle rozlany i napełniony wodą po padającym poprzedniego dnia deszczu, marszczył się drobnymi falami w podmuchach rozbrykanego wiatru, a my zeszliśmy właśnie z chodnika i skręciliśmy w kierunku szkoły przechodząc blisko obok niego. Zaczepny wiatr nie oszczędził popielatej czapki na główce mojego braciszka i złośliwie rzucił ją na mętne fale. Buzia pokrzywdzonego wykrzywiła się niebezpiecznym grymasem, gdyż czapka była nowa, dopiero co kupiona i stanowiła powód do dumy jej właściciela. Widząc co się dzieje, niepomna na nowe buty - takie śliczne, czarne, ze sznurowadełkami po bokach, które pierwszy raz założyłam na nogi i miałam nimi olśnić koleżanki - podbiegłam do rowu, chcąc, jako starsza siostra przyjść z pomocą i chwycić czapkę. Już prawie dotykałam jej ręką, ale zaczęła odpływać ku drugiemu brzegowi. Przechyliłam się niebezpiecznie i moje nogi ugrzęzły w mulistym dnie rowu rozmoczonego roztopami. Zdeterminowana postąpiłam krok naprzód, chwyciłam czapkę i wyszłam na brzeg ociekając błotem. Wytarliśmy chusteczkami do nosa czapkę, braciszek założył ją na głowę, ale moje buty złożone w ofierze, były obrazem nędzy i rozpaczy. Pobiegliśmy do szkoły, aby zdążyć na lekcje. Przed szkołą wodą z wiadra polewałam brudne buty, aby je oczyścić z błota, gdyż wstydziłam się w takich ubłoconych wejść do klasy. W mokrych siedziałam w szkole cały dzień… Blask ich minął bezpowrotnie, a tak się nimi cieszyłam… No cóż, obowiązki starszej siostry popchnęły mnie do tego heroicznego czynu! W nauce szkolnej przechodziliśmy różne eksperymenty wprowadzane przez władze oświatowe


W pewnym okresie czasu zdawaliśmy egzaminy na zaliczenie półrocza i roku szkolnego. Mam nawet świadectwa – po dwa w jednym roku szkolnym. Było to uciążliwe i dla uczniów i nauczycieli. Trzeba było się solidnie uczyć, a takie postanowienie podjęłam, aby później przed egzaminem nie mieć zbyt wiele do powtarzania. Lekcja z historii jednak gdzieś mi umknęła, gdyż byłam akurat chora i nie miałam siły jej przeczytać osłabiona wysoką temperaturą. Nigdy się jej zresztą nie nauczyłam… Miałam z tej racji wyrzuty sumienia, ale pamiętam, że dotyczyła starożytnego Egiptu, a uściślając, boga Apisa – czarnego byka z białą łatką na czole. Wbił mi się w pamięć, gdyż popełniłam wobec niego grzech uczniowskiego zaniedbania. Byłam układną, grzeczną dziewczynką, pilną i obowiązkową, jednak zbyt cichą i nie lubiącą pchać się na pierwszą linię zainteresowania i popisywania się. Nie byłem dzieckiem, które lubi być chwalone ponad miarę. Wystarczył mi sprawiedliwy osąd moich poczynań szkolnych. Mój brat za to był typem urodzonego artysty, widać go było wszędzie. Wzbudzał także zainteresowanie swoich koleżanek, które demonstrowały to w różny sposób. Gdy wracał któregoś dnia ze szkoły z jedną z nich, zatrzymali się koło naszej furtki. Dziewczynka chcąc go dłużej zatrzymać, chwyciła za pasek jego marynareczki - wszyty z tyłu i będący elementem ozdobnym – i niechcący urwała go. Zdenerwowany jej uciążliwą adoracją i widocznymi tego skutkami, przywołał psa chodzącego spokojnie po podwórku i poszczuł nim pechową koleżankę. Ujadanie Burka zaniepokoiło mamę, wybiegła z domu i obroniła dziewczynkę, ale braciszek nasłuchał się, oj nasłuchał! Ciągle zasłaniał się tym wyrwanym paskiem, co było według niego niezbitym dowodem pozwalającym mu zastosować obronę własną. Jednak zakaz szczucia psem miał już na zawsze.
Szkoła integrowała się ze społeczeństwem. Odbywały się szkolne przedstawienia, w których oczywiście braliśmy udział, a widzami była cała dorosła populacja wsi. Jeszcze po latach doświadczyłam dowodu pamięci tych wydarzeń, nie dlatego, że wykreowałam jakąś rolę, ale podobno moja skromność i urok podbiły serca, więc zachowali mój obraz w pamięci - co mnie bardzo ubawiło i zdziwiło. Konkursy szkolne i pozaszkolne przynosiły nam niekiedy nagrody, z których cieszyła się mama. Działał sklepik szkolny. Obsadzono mnie nawet jako sprzedawcę, ale nie był to szczęśliwy wybór, gdyż nie lubię takiej działalności i się zupełnie do tego nie nadaję.
Obok szkoły było boisko. Rywalizowaliśmy w lekkiej atletyce i grach zespołowych. Do dzisiaj mam powybijane palce, gdyż z początku nie potrafiłam właściwie łapać piłki, a grałam z wielkim zaangażowaniem, szczególnie po lekcjach. Dopiero starsi chłopacy pokazali mi jak mam to robić, zdjęci chyba litością, gdy płakałam z bólu.
Teren przed szkołą zdobiły kwiaty, o które dbały dzieci. Prowadzony był też ogródek warzywny wykorzystywany na lekcjach przyrody. Obok siatki ogradzającej teren rosły drzewa owocowe. Nauczyciele współpracowali z rodzicami, działał Komitet Rodzicielski, któremu tato przewodniczył. Pani Ławińska przez cały okres naszej edukacji była kierowniczką szkoły, a była to nauczycielka pełna poświęcenia i oddania dla sprawy.
W pierwszych latach nauki chodziliśmy na rozpoczęcie i zakończenie roku szkolnego na mszę do kościoła, całą szkołą, grzecznie idąc w parach. Ksiądz w szkole był częstym gościem, gdyż tutaj odbywała się nauka religii. Na świadectwach widnieją oceny z tego przedmiotu. Co roku jeden rocznik uczniowski przystępował do Pierwszej Komunii. Nauki przygotowawcze odbywały się w kościele. Sama uroczystość miała charakter naprawdę duchowy. Kończyła się przyjęciem dla wszystkich dzieci, które odbywało się w ogrodzie obok plebanii. Podejmowano tam dziewczynki wystrojone w białe sukienki oraz chłopców w ciemnych garniturkach, plackiem drożdżowym z kruszonką upieczonym przez mamy i kawą z mlekiem.
Później przestaliśmy się modlić w szkole, a za to żegnaliśmy uroczyście zejście Iosifa Wissarionowicza Stalina, którego portret przepasany czarną wstążką stał w klasie w dniu jego śmierci . Tak to wszystko się przeplatało - radości, sukcesy i małe porażki aż do zakończenia edukacji w Miłkowicach
Przyszedł czas aby wyruszyć w świat dla nas nieznany i obcy. Z dala od domu, ciągle pod presją tego, że odebrane stypendium może postawić rodziców w trudnej sytuacji finansowej, a i tak wydatki, które ponosili, przekraczały ich możliwości. Byliśmy jeszcze przecież dziećmi, ale już musieliśmy zmierzyć się samodzielnie z trudami życia. Było to konieczne, gdyż miało to nam dać w przyszłości stabilizację życiową. Doskonale to rozumieliśmy. Gdy wyjechałam już z domu do szkoły, moja mama widząc jedną z moich koleżanek, która z walizką wracała do domu szybko kończąc edukację przymuszona warunkami, powiedziała do taty:
- No, tylko czekać kiedy nasza Halinka wróci.
Jednak udało się i mnie, i mojemu bratu. Zdołaliśmy szkoły skończyć pomyślnie.

Zastanawiam się niekiedy, jak inaczej potoczyłyby się moje losy, gdybym zaczęła uczęszczać do szkoły o rok później… Kontynuowałabym zapewne naukę w niedalekim mieście, gdzie złożyłam podanie, ale odrzucono je z racji mojego wieku. Proponowano mi, abym zgłosiła się za rok. Tego roku było jednak szkoda! Co ja bym robiła w domu?! Jako uzasadnienie podano, że po skończeniu szkoły nie byłabym osobą pełnoletnią, a to uniemożliwiałoby mi wykonanie zawodu. Przyjęto mnie do innego liceum, daleko od domu, nie bez osobistych poręczeń osób zaprzyjaźnionych. Przyjeżdżałam tylko na święta i wakacje, a tato na wywiadówce był tylko raz przez cały okres mojej edukacji. Naukę w szkole przedłużono o jeden rok, ale i tak pracę rozpoczynałam bez dowodu osobistego. Znowu musiałam szukać poręczenia… Taki drobna sprawa - wstąpienie w progi szkoły o rok wcześniej - wytyczyła moją drogę życiową i była przyczyną licznych perturbacji w wieku młodzieńczym. Zatoczyłam szeroki krąg - wyjechałam do szkoły daleko od domu, aby podejmując pracę, wrócić do skrawka ziemi mi tylko przypisanego, gdzie w dzieciństwie zapuściłam korzenie. Później znowu wyruszyłam w dalsze podróże, zawsze jednak wracając do miejsc mojego dzieciństwa, z którymi związałam swoją duszę na zawsze

 
2016 rok - budynek szkoły w Miłkowicach sprzedany.