Miłkowice woj. wielkopolskie

Zdążyć przed potopem

ZDĄŻYĆ PRZED POTOPEM

Materiał udostępniony przez Andrzeja Ruszkowskiego
Fragment przygotowanej do wydania książki inż. Juliusza Molskiego z Poznania „Przez pobojowiska lotniczego Września 1939 roku z notatnikiem i łopatą” opublikowany za zgodą autora w kwartalniku „Na Sieradzkich Szlakach”

„Jak pamiętamy, początkom penetracji archeologicznej i historycznej pobojowiska miłkowskiego towarzyszyły nastroje alarmowe, właściwe terminowi za pięć dwunasta. Przyczyną był bliski już czas zalania penetrowanego miejsca wodami budowanego zbiornika wodnego Jeziorsko. Tu, w Wylazłowie, w jeszcze niżej położonym dnie przyszłej niecki sztucznego jeziora, owa dramatyczna godzina właściwie już przemijała. Podobnie jak burzone w niecce zabudowania dawnych mieszkańców wsi, teraz gdzieś przesiedlonych. Miast zatem żywej historii i pamięci miejscowych świadków zestrzelenia i śmierci trzech lotników z załogi Karasia, krążyć wśród tej pustki mógł już tylko nieznany mi i tajemniczy genius loci – duch miejsca. Tak więc, moja pierwsza podróż do Wylazłowa w poszukiwaniu mogiły lotników rozmytej już dawno przez przepływające opodal, wezbrane na wiosnę rzeki Warty, zapowiadała się bardziej jako seans spirytystyczny aniżeli penetracja drugiego z kolei lotniczego pobojowiska. Podobnie zresztą starali się wybić mi z głowy myśl o zamierzonej akcji poszukiwawczej inżynierowie z kierownictwa budowy zbiornika. Tam bowiem zwróciłem się z prośbami o pomoc w penetracji archeologicznej domniemanego tylko miejsca grobu rzeczonej załogi. Potrzebny mi był przede wszystkim spychacz do odkrywania wierzchniej warstwy łąki, pod którą spodziewałem się natrafić na ślady charakterystyczne dla ziemi wzruszonej przy pochówku. Pomagać miał mi w tej sprawie znajomy praktyk w podobnych poszukiwaniach doktor Z.S. Niewiele to jednak znaczyło wobec przedstawionego mi przez inżynierów argumentu w ich sprzeciwach najważniejszego. Okazało się bowiem, że w Wylazłowie działała niedawno ekipa poszukiwawcza, wydelegowana przez ówczesnego wojewodę sieradzkiego na polecenie właściwego ministerstwa. Pomimo wyposażenia ekipy w saperskie wykrywacze metali, o czym ja wtedy nie próbowałem nawet marzyć, penetracje te zakończyły się całkowitym fiaskiem. Moim natomiast głównym atutem okazały się przedstawione inżynierom pierwsze znaleziska archeologiczne z Miłkowic. Wtedy bowiem dopiero zaproszony zostałem do służbowej furgonetki, by ową sporną sprawę rozstrzygnąć na miejscu przed mającym mi towarzyszyć, drugim w owej kierowniczej hierarchii inżynierem, z kierownictwa budowy.

Jak się okazało jeszcze przed naszym dotarciem do Wylazłowa, ktoś widział tam dym unoszący się z komina jednego z ostatnich, nie zburzonych jeszcze zabudowań wsi. Tu więc należało szukać przewodnika w poszukiwaniu pobojowiska, wtedy niewielkiego skrawka spośród rozległych na kilometry łąk. Długo jednak trwało nim dotarłszy do dymiącego komina usłyszeliśmy zza zamkniętych drzwi najpierw nieustanne szczekanie psa, a potem dopiero wypowiedziane dziwnie słabym głosem – kto tam? I tak oto po raz pierwszy wprawił mnie w zakłopotanie brak stosownej dla moich penetracji pobojowiskowych legitymacji, co groziło mi konsekwencjami znacznie bardziej przykrymi, aniżeli odmowa otwarcia drzwi. Ze stanu wstydliwego milczenia wybawiła mnie więc dopiero legitymacja okazana przez okno przez towarzyszącego mi inżyniera. Co jednak w incydencie tym najważniejsze, zamieszkująca dom starsza pani, obłożnie chora, niespodziewanie przedstawiła się nam jako córka nieżyjącego właściciela łąki z poszukiwaną przez nas mogiłą lotników. Gdy więc już wkrótce rozmówczyni nasza mimo swoich niedomagań ruszyła z nami furgonetką na polną dróżkę i gdy opowiadała nam po drodze zapamiętane, liczne szczegóły dotyczące pochówku lotników – czułem coraz wyraźniej, że w sporze z inżynierami neutralny dotychczas genius, staje po mojej stronie. Gdy jednak zatrzymaliśmy się w końcu pośrodku ni to pastwisk ni mokradeł, z powracającym niepokojem obserwowałem naszą przewodniczkę, która miast oczekiwanego: to tu zaczęła wykonywać wymachy rąk tak obszerne, że pokryły one powierzchnię co najmniej hektara. W tej sytuacji, zamilkły od dość długiej chwili inżynier wydobył z kieszeni kalkulator i wyliczył objętość przewidywanego przerzutu ziemi. Wyszło mu zaś z tego ponad dwa tysiące metrów sześciennych, czyli blisko cztery tysiące ton. Wyniku mnożenia owej masy przez średnią odległość przerzutu, nawet już nie czekałem. I z tym też, obezwładniającym mnie rezultatem wstępnej penetracji pobojowiska wracamy do baraku kierownictwa budowy. Tam jednak miast aktu mojej kapitulacji, szef budowy proponuje mi niespodziewanie włączenie do ekipy poszukiwawczej kolejnego swego inżyniera. Okazuje się nim być ochotnik, amator-radiosteta. I to dopiero przesądza o decyzji przydzielenia mi spychacza wraz z operatorem na jedną dniówkę roboczą bez nadgodzin. Wyznaczona zostaje też data poszukiwań – 5 października 1985 roku.

Gdy w owym dniu znalazłem się wraz z moim pomocnikiem-specjalistą archeologicznym dr. Z.S., przed umówionym hektarem łąki, czekał tu już na nas gotowy do pracy spychacz. Od operatora dowiedziałem się też, że wspomniany inżynier-radiosteta badał już wprawdzie pole poszukiwań, ale z udziału w samych pracach archeologicznych zrezygnował. Wskazywało to zatem na okoliczność dostarczenia mi rzeczonej maszyny mimo braku nadzorującego akcję radiestety, już chyba tylko na skutek jakiegoś nieporozumienia. Niespodziewany ów fuks ze spychaczem, cudownie piękna, jak na październik, pogoda, szczególnie zaś ponownie odczuta tak obecność geniusa tuż za moimi plecami sprawiają, że do pracy przystępujemy niezwłocznie i ochoczo. Uzgadniamy też z dr. Z.S. podział funkcji: on bada wzrokiem odkrytą warstwę postępując za spychaczem, ja kroczę obok szufli wypatrując wśród przewalającej się przez nią ziemi pierwszych szczątków samolotu. Grób bowiem lotników miał się jakoby znajdować obok zestrzelonej maszyny. Sam dokonuję też wyboru miejsca startu spychacza. Po krótkim namyśle, decyduję się na systematyczne przeczesywanie łąki, poczynając od boku kwadratu, gdzie stał już oczekujący nas operator.

Mijały jednak szybko godziny, a tu oczekiwanej, pierwszej drobiny samolotu ani śladu! Za to od ciągłego wpatrywania się w sunącą za maszyną masę czarno-zielonej ziemi, po raz pierwszy w życiu odczułem wyraźne objawy oczopląsu. Wkrótce też, ulegając namowom przybywającym na pobojowisku kibicom, zrezygnowałem z systematycznego zrywania darni. Przesuwając odtąd spychacz z miejsca na miejsce, partyzantkę tę ćwiczyliśmy niemal do końca wyznaczonej mi dniówki. I wtedy dopiero dostrzegłem w przewalającej się przez szuflę ciemnej borowinie krótki błysk. Nim dałem operatorowi umówiony znak w celu zatrzymania maszyny, ślad ów zniknął tak jak nagle się pojawił. Czyżbym więc tak oto na skutek nadmiaru wrażeń optycznych popadał w stany bliskie halucynacji? Zrzucając wszak ze z szufli garść po garści rozdrabnianej w palcach ziemi, poczułem już pod koniec tej czynności ukłucie i jakby skaleczenie. I wtedy dopiero oczyściwszy z lepkiego mułu srebrzyściebłękitną blaszkę wielkości zwykłego znaczka pocztowego, dostrzegłem na znalezisku wyraźne główki czterech aluminiowych nitów. Ponieważ tak właśnie dotarliśmy do pierwszego śladu zestrzelonego tu samolotu i jego załogi, natychmiast pobiegłem ku oddalonej o ponad kilometr budowlanej pakamerze przypomniawszy sobie, że w budce tej widziałem telefon polowy. Do czasu mojego powrotu dr Z.S. miał obserwować już tylko urobek na szufli rezygnując z badania odkrytej warstwy. Miałem przy tym nadzieję, że uda mu się wydobyć tak dalsze szczątki samolotu.

Uzyskawszy szczęśliwie natychmiastowe niemal połączenie z Szefem (głównym inżynierem) budowy zameldowałem mu, wyraźnie na wyrost, o odkryciu szczątków poszukiwanej maszyny. Grając tak va banque, zasugerowałem także nasze zbliżenie się do celu poszukiwań, do grobu lotników. Efekt tej krótkiej rozmowy przeszedł wszelkie moje oczekiwania. Uzyskałem bowiem nie tylko zgodę na nadgodziny pracy spychacza do zmroku, ale też przydział operatora na dzień następny. Przygotowano też dla mnie i dr. Z,S. kwaterę w miejscowym hotelu robotniczym. Poruszony moim meldunkiem Szef, zapowiedział osobistą inspekcję naszego wykopaliska.

Łatwo więc sobie wyobrazić ogrom mojego przerażenia, gdy po powrocie do spychacza dr Z.S. przywitał mnie tylko bezradnie rozłożonymi ramionami. Oprócz bowiem księżycowego krajobrazu rozrytej połowy hektara pola poszukiwań, nadal demonstrować tu mogliśmy Szefowi tylko ową samolotową drobinę. Stan ten, nie uległ niestety zmianie aż do naszego zejścia z pobojowiska. Pomimo więc wygód oczekującej nas kwatery, cała noc zeszła mi na bezskutecznym łykaniu pastylek nasennych i obmyślaniu możliwie najbardziej honorowej kapitulacji chwili przybycia Szefa na zapowiedzianą inspekcję. Tylko zmęczony wyraźnie pracą dr Z.S., spał na sąsiednim łóżku snem sprawiedliwego.

Zastawszy następnego ranka spychacz gotowy do pracy, niezwłocznie jęliśmy wykorzystywać znacznie już krótszy, roboczy czas soboty. Z tym samym też co przedtem niepokojem wpatrywałem się w każdy samochód na odległej o kilkaset metrów szosie. Od tej bowiem strony groziło mi spotkanie z Szefem, urosłe w ciągu nieprzespanej nocy do rozmiarów klęski totalnej. Fiasko bowiem poszukiwań pociągało za sobą wydatki wyliczone co do złotówki! Czy jako zdemaskowanemu tak hochsztaplerowi nie przyjdzie mi ich pokrywać kosztem mojej rodziny, z zaledwie średniokrajowej pensyjki? Od początku działałem tu przecież wyłącznie na własną rękę! Mało odtąd ważna wydawała się honorowa, lub nie, moja kapitulacja, gdy groziła mi finansowa ruina!

Pogrążony w tych myślach ponurych i w daremnym wypatrywaniu się w urobek na szufli spychacza, czuję, jak z odrętwienia wyrywa mnie szarpnięcie za ramię i głos dr. Z.S. Jak się okazało, od strony szosy pędził wprost na nas wielotonowy samochód-wywrotka z zapalonymi na alarm reflektorami i włączonym na stałe klaksonem. A więc stało się! Tak poruszać się tu miały prawo tylko pojazdy uprzywilejowane, w tym oczekiwany przeze nie z trwogą Szef!
Najniespodziewaniej wszakże miast jego postawnej sylwetki, na wysokim na metr stopniu drzwi wielkiego KRAZ-a ujrzałem najpierw koniec laski inwalidzkiej, a potem niebezpiecznie wychyloną z kabiny głowę samego laskonogiego. Nim wszakże zdołałem pozbierać myśli kto zacz, przybysz-inwalida zafascynował mnie na dodatek swym sprawnym jak w cyrku zeskokiem z tak znacznej wysokości. Co więcej, miast powitania, człowiek ów rzucił się biegiem ku operatorowi spychacza po czym bijąc swym koszturem w maskę silnika spowodował natychmiastowe zatrzymanie maszyny. Teraz też dopiero, wśród zapadłej nagle głębokiej ciszy, tym przeraźliwszy wydawał się krzyk przybysza przechodzący w śpiewny dyszkant w chwilach akcentowanych znanym, niecenzuralnym przekleństwem na literę k…
- Nie powiedzieli wam k…, że macie na mnie czekać! Co za świnia zryła tę łąkę?!!! Teraz k… chcecie tu jeszcze czegoś szukać?!!!
I tak oto w chwili, gdy zacząłem się domyślać jakiegoś popełnionego przeze nie kardynalnego, wręcz monstrualnego błędu, cała ta skierowana przeciwko mnie tyrada wydawała mi się niewinnym kwileniem niemowlęcia w porównaniu do przytłaczających wszystko, łącznie z widmem groźnego Szefa, skutków głupio spowodowanej przeze mnie, jakiejś katastrofy! Jak się miało bowiem okazać po chwili, ów wciąż jeszcze nieznany mi przybysz, oskarżył mnie o zbrodniczy iście czyn zasypania zwałowiskiem ziemi poszukiwanej przez nas mogiły lotników! Nic tedy tej ponurej sytuacji nie łagodziła bynajmniej nie szefowska ranga przybysza, jak się okazało emerytowanego stróża budowy. Skąd dowiedział się o naszych poszukiwaniach i komu zlecił przekazanie ważnej a nie przekazanej mi wiadomości – nie wiem do dziś. Wiem natomiast, że tylko wspomniany genius loci mógł pokierować dalszymi krokami stróża (jak się miało okazać w istocie naszego opiekuńczego Anioła Stróża), gdy ten miast wracać zagniewany tam skąd przyjechał KRAZ-em, skierował się niespodziewanie ku dopiero co usypanej, skrajnej części zwałowiska pobojowiska ziemi . Sądząc, że jest to zwykłe krążenie gapia po miejscu dawnej tragedii, sam zdolny byłem już tylko do bezradnego rozciągnięcia się plackiem na łące, nad którą – o ironio losu!- nadal świeciło co przedtem pogodne słońce. A gdy po długiej chwili poderwał mnie na równe nogi warkot uruchomionego ponownie spychacza i wyraźnie podniecony głos przybysza wydającego jakby rozkazy, ujrzałem nagle widok jak z baśni. Oto bowiem szufla maszyny kierując się wskazaniami jego laski, odsłaniać zaczęła właśnie wręcz fantastyczny obraz jasnoniebieskich plam i smug odcinających się kontrastowo od czarnego tła wyoranej darni niczym odbicie błękitu wiszącego nad nami nieba! Przypomniawszy sobie dokładnie ten sam koloryt co na odkopanej poprzedniego dnia blaszce samolotu, rzuciłem się ku owemu wykopalisku niczym ubodzony kawaleryjską ostrogą. W tym czasie nasz anioł opatrznościowy kruszył swą laską jakąś dużą grudę ziemi dobywając z niej dolną szczękę człowieka z pełnym garniturem młodych, zdrowych zębów. Znalezisko to, nie do końca oddzielone od grudy, dosłownie do żywego sprawiało nieodparte wrażenie szerokiego uśmiechu radości i tak wyrażonego powitania po blisko pięćdziesięcioletnim uwięzieniu w głębi pobojowiska. Zaszokowani tą scenerią, dr Z.S. i ja zapominamy o naszych przywiezionych aparatach fotograficznych. Nim wydobyliśmy je z sakwojaży, obok poszerzanej przez spychacz odkrywki wznosiły się już dwa, układane ręka naszego anioła, niewielkie kopczyki: Jeden z nich tworzyły niewielkie, srebrzysto niebieskie szczątki samolotu, drugi jakoby przemielone przez jakąś piekielną machinę kości ludzkie ze wspomnianą szczęką bez czaszki. Cóż, kiedy na wykonanej po niewczasie fotografii, w niczym to już nie przypominało owej straconej, fantastycznej iście scenerii powitalnej, zgotowanej nam przez geniusa, niewątpliwego już teraz gospodarza pobojowiska.

Pochłonięci bez reszty pracą wokół poszerzania i pogłębiania wykopu, a przede wszystkim wydobywaniem z ziemi i mułu coraz to nowych, niewyobrażalnych przedtem zupełnie znalezisk, nie zauważyliśmy zupełnie obecności przypatrującego się nam z bliska Szefa! Sam, obecność jego odczułem dopiero w chwili, gdy spadł mi na głowę jego głośny o-pe-er za wykonany niewłaściwie rów odwadniający wykopalisko, od której to czynności podejmowałem właściwe penetracje archeologiczne miejsca. Co spadłoby mi na głowę, gdyby Szef miast gotowego już do penetracji wykopaliska zastał tu zaledwie przed godziną tylko tę samą pierwszą blaszkę z dnia wczorajszego – tego nie próbowałem się nawet domyślać. Tym bardziej, że Szef wyraźnie poruszony zastanym stanem prac, zaoferował mi dalszą pomoc w ludziach i sprzęcie. Wyznaczył mnie też przy tym jakby na kierownika nowego odcinka całej budowy. Już bowiem w następnej godzinie meldowali się u mnie: brygadzista z grupą kopaczy, operator dużej koparki czerpakowej, kierowca ciężarówki z agregatem pompowym, aż wreszcie majster-mechanik z czołówką warsztatową, wzywaną przeze mnie dla usunięcia jakichś usterek spychacza. Mimo to skrócony w sobotę dzień pracy, umożliwił mi wydobycie tylko części szczątków samolotu i kości jego załogi. Szczęśliwie jednak, będę mógł tu kontynuować te same poszukiwania nie tylko w roku przyszłym, ale też w dwu latach następnych. Przyczyną tego kolejnego daru geniusa okażą się niespodziewane przecieki tamy zbiornika przy próbnym napełnianiu niecki wodą. W tym samym czasie, obok prowadzonych równolegle penetracji na niedalekim pobojowisku w Woli Miłkowskiej, otworzę kolejny, trzeci front robót na nieco dalszym już pobojowisku w Walichnowych-Prusaku koło Wielunia. Odtąd też, przyjdzie mi rozwiązywać pierwszą – z wielu późniejszych – zagadkę z literatury przedmiotu z pogmatwaną i niejasną identyfikacją imienną pilotów Karasi zestrzelonych w Wylazłowie i Walichnowych. Według wersji opublikowanej pierwotnie, w Wylazłowie pilotował zestrzelonego Karasia (i tu zginął), kapral pilot Edward Kościelny, zaś wg wersji późniejszej – plutonowy pilot Czesław Kruszewski. O wątpliwej wartości źródła tej drugiej wersji będzie jeszcze mowa w raportach szczegółowych w części II Wędrówek… Bezsprzeczne natomiast okazały się opublikowane informacje dotyczące pozostałych członków załogi zestrzelonej w Wylazłowie: podporucznika obserwatora Adama Kandziory i kaprala strzelca samolotowego Kazimierza Tyrakowskiego. Odszukawszy – nie bez dodatkowej perypetii – adresy ich rodzin, mogłem przystąpić do organizacji w pełni już honorowych pochówków bohaterów rzeczonego boju powietrznego. Wzruszające moje spotkania z tymi rodzinami, przyczyniły się do wzbogacenia zbioru pamiątek z wylazłowskiego pobojowiska o udostępnione mi lub darowane fotografie i dokumenty archiwalne.

Na ogólny zbiór znalezisk z Wylazłowa złożyło się 1216 odłamków samolotu i jego wyposażenia oraz strzępy mundurów wraz z osobistymi pamiątkami po załodze. Na podstawie wielu z tych przedmiotów udało się ustalić obecność pod szczątkami Karasia wszystkich trzech członków załogi. Miast jednak poszukiwanego przez nas grobu, niekompletne kośćce lotników znaleźliśmy ostatecznie w głębi wyrytego krateru w miejscu upadku samolotu.
Wśród wykopalisk o najwyższej wartości pamiątkowej, na plan pierwszy wysuwał się zdecydowanie wstrząsający w swym wyrazie, jakby zupełnie świeży ślad krwi jednego z bohaterów pobojowiska, widoczny na strzępie tkaniny z czapeczki jedwabnej noszonej pod hełmofonem. Podobnie działa na wyobraźnię odznaka pilota, noszona z dumą przy piersi poniżej kołnierzyka kurtki mundurowej – teraz już tylko jej strzępka. Resztki metalowe trzech nie użytych spadochronów, świadczyły o przypieczętowanym krwią braterstwie broni wszystkich członków załogi. Jak pamiętamy już ze wstępnego rozdziału mniejszej części Wędrówek…, nie wszyscy obowiązani do kierowania walką powietrzną piloci wieloosobowych załóg samolotów, przekładali wtedy, w obliczu grozy śmierci, tę samą walkę ponad ich instynkt samozachowawczy rezygnując z gotowego do natychmiastowego użycia spadochronu .
Ponieważ o dramaturgii ostatnich sekund lotu Karasia zestrzelonego w walce z niemieckimi Messerschmittami będzie szerzej mowa w II części Wędrówek…, poznajmy na razie sam tylko obraz pobojowiska, jakim zapamiętali go miejscowi świadkowie. Otóż sterowana prawie do końca przez pilota maszyna utkwiła śmigłem w miękkiej łące w stanie tylko częściowo uszkodzonym. W celu jej ostatecznego zniszczenia przez podpalenie – wyruszył z Wylazłowa patrol ułanów. W chwili gdy w niebo buchnęły płomienie zachowanej jeszcze w zbiornikach benzyny, z przeciwległego brzegu Warty rozległy się serie broni maszynowej. Strzelała czołówka zbliżającej się 30 DP Wehrmachtu. Jeden z ułanów zginął w drodze powrotnej. Pochowany został na cmentarzu w Pęczniewie. Razem z poległymi lotnikami pozostał wtedy na pobojowisku wrak Karasia z zadartym wysoko skrzydłem i błyszczącą na nim, widoczną z daleka czerwono-białą szachownicą. Swoisty ów pomnik nagrobny, wyciągnięty potem z grzęzawiska parą koni (wraz z resztą kadłubu maszyny) odholowany został na szosę i dalej na złomowisko. W pierwszych latach po wojnie, miejscowi harcerze odgrodzą miejsce krateru z zasypanymi szczątkami lotników niskim płotkiem. Jak pamiętamy, dzieła ostatecznego zniszczenia tej pamiątki pobojowiskowej dokonały powodziowe wody Warty.

Swoisty ciąg dalszy owej pobojowiskowej przygody przeżywać przyszło mi w chwili powrotu do domu. Zbliżała się północ, gdy obujaczony dwoma wyraźnie przezroczystymi workami z folii – w tym jednym z kostnymi szczątkami lotników – chyłkiem przemierzałem rzęsiście oświetlony hol dworca głównego w Poznaniu. Zatrzymujący się przede mną co chwila przechodnie, wywołali – jak mi się zdawało – coraz większą sensację. Na szczęście dla mnie, policja (wtedy milicja) – nie interweniowała. Udało mi się nie zakłócić snu domowników, gdy składałem te same worki na balkonie. Dobrze zamaskowane kości bohaterów oczekiwać tam miały swej pełnej legalizacji aż do przyszłego roku. Okazało się bowiem po niewczasie, że ratując je pospiesznie przed już zapowiadanym potopem, zapomniałem zupełnie o przepisach stosownych ustaw, obwarowanych groźnymi sankcjami. Stąd też chętnych do podzielenia się ową odpowiedzialnością nie było. Z tarapatów tych wybrnąłem dopiero po uzyskaniu czegoś w rodzaju legalizującego sprawę protokołu, spisanego u inwestora Jeziorska (Okręgowa Dyrekcja Gospodarki Wodnej w Poznaniu). Umożliwiło mi to złożenie kości w Katedrze i Zakładzie Antropologii poznańskiego Uniwersytetu. Tam też szczątki te rozdzielono na zestawy odpowiadające trzem osobnikom. Po rozlosowaniu ich między trzy rodziny, można było przystąpić do organizacji samego pochówku z pełnymi honorami wojskowymi. Miast jednak satysfakcji z tak spełnionego obowiązku religijnego według przykazania umarłych pogrzebać, z tego właśnie powodu, zła wola walczącej z religią władzy ówczesnej PRL, przypisze mi zorganizowanie nielegalnej manifestacji z udziałem księdza .

Wspomniany już czas zwłoki w zatapianiu Wylazłowa sprawi, że po raz ostatni przybędę tu po blisko dwu latach od pierwszej wyprawy. Korzystając z użyczonego fiata 125 p przybywałem tu już tylko w celu wykonania zdjęcia pamiątkowego z owego potopu. Ponieważ woda zaczynała dopiero zalewać pobojowisko – w tempie około 2 mm przyboru na godzinę – zdążyłem uruchomić po raz ostatni mój własny już wtedy wykrywacz metali. Wraz z kierowcą wozu zapomnieliśmy też od razu o otaczającej nas przedpotopowej rzeczywistości. Nasycona bowiem wilgocią ziemia, przekazywała na antenę przyrządu podobny do jęku, nieprzerywany niemal sygnał alarmu, by wydobywać stąd co jeszcze się dało. Zafascynowani tym, szczególnie zaś znalezieniem destruktu pistoletu kieszonkowego – Walthera 6,35 mm nie zauważyliśmy jak zaparkowany fiat pogrążył się w wodzie. Nieopatrznie bowiem postawiliśmy wóz w mało widocznej dolince, po chwili napełnionej wartkim strumykiem ukrytym w wysokiej trawie. Zrzuciwszy więc buty, rzuciliśmy się natychmiast na ratunek wehikułu. I choć zdążyliśmy jakoś z zapaleniem silnika, uruchomione pełnym gazem tylne koła wozu miast wyrzucić nas z głębi dołka jak z procy, ślizgały się tylko bezradnie w zalanej wodą darni. Okazało się też, że samochód rył przy tym coraz głębsze koleiny. W tej sytuacji, wydobyć nas z owej opresji mógł tylko ciągnik. Cóż kiedy wokół widać było tylko zalewaną nieckę, puste brzegi i krążącą po jeziorze w odległości ponad kilometra samotną żaglówkę. Zalane, niedostępne kępy łozy wykluczały też z góry nadzieję ratowania się przy pomocy gałęzi rzucanych pod grzęznące koła. Za namową więc zupełnie bezradnego kierowcy, ruszyłem biegiem po pomoc ku widocznym z odległości kilku kilometrów zabudowaniom Pęczniewa. Pokonawszy tak spory już dystans, nagle odczułem nadzwyczajną skuteczność zapamiętanej z wojska kapralsko-rekruckiej metody koszarowej edukacji przez nogi do głowy. Wtedy to bowiem przypomniałem sobie podobnie ugrzęzłą wojskową ciężarówkę, którą wydobywaliśmy całą drużyną bujając wozem w przód i w tył aż do chwili, gdy kierowca wyczuł właściwy moment do włączenia pełnego gazu. Powróciwszy więc do fiata, namówiłem jego kierowcę do tego samego manewru bujania. Brak jednak doświadczenia w wyborze właściwego momentu pełnego włączenia gazu sprawił, że miast oczekiwanego skoku do przodu, wóz zalewał mnie podczas pchania coraz silniejszymi szprycami czarnego mułu. Mimo więc zapadłego tymczasem zimowego i wietrznego wieczoru, trzeba było mi zrzucić kolejno kalesony, spodnie i koszulę. Gdy tedy desperacko rozbujałem wreszcie fiata do zrywu zwycięskiego, trząsłem się z przenikającego do kości zimna jak w atakach febry. Miast jednak rzucać się ku wyzwolonemu z opresji wehikułowi z ciepłymi kanapami, jako oblepionemu po oczy błotem nurkować mi przyszło przedtem w lodowatej iście głębi jeziora. I tak oto ochrzczony zostałem jako pierwszy archeolog pobojowisk owy wśród gołych całkowicie nurków, a zarazem jako pierwszy, goły całkowicie nurek wśród archeologów.

Pogrążywszy się wreszcie w błogim cieple wnętrza wozu, po raz ostatni rzuciłem na zachodzące nad pobojowiskiem słońce. Teraz z pola tego pozostał już tylko wystający nad pofalowaną tonią niewielki kopczyk dopiero co usypanej przez nas, wykopaliskowej ziemi. W widoku pod światło, twór ten do złudzenia przypominał rzucony na wodę, czarny kapelusz. Niezapomniane do owej chwili przywitanie wylazłowskiego pobojowiska, gdy ujrzałem na nim wyszczerzone jak w uśmiechu zęby jednego z poszukiwanych, poległych lotników – teraz więc kończyło się pożegnaniem kapeluszowym ukłonem. Tak witać mnie tu i żegnać mógł tylko ten sam, jakże dobrze mi znany ze swych fantastycznych pomysłów, wylazłowski genius loci”.