Miłkowice woj. wielkopolskie

Z dziejów parafii w Miłkowicach

 




Ks. Stanisław Szewczyk

 

Urodził się 1 marca 1920 r. w miejscowości Sowlina (parafia Limanowa, diecezja tarnowska) z rodziców Józefa i Agaty z d. Zając. Od drugiego roku życia, z powodu niezamożności rodziców, wychowywany był przez babcię. Gimnazjum ukończył u paulinów w Krakowie na Skałce w latach 1936-1939.
W 1939 r. wstąpił do zakonu paulinów i zamieszkał na Jasnej Górze; ukończył tam liceum w 1942 r., a potem studiował filozofię. Po dwóch latach teologii (1946 r.), kiedy nadszedł czas złożenia ślubów wieczystych, przełożeni poradzili mu, aby przeszedł do duchowieństwa diecezjalnego. Wydano mu pozytywną opinię: „odznaczał się zawsze cichością, pracowitością i pilnością, tak iż pomimo słabych zdolności i dłuższej choroby [...] osiągnął wyniki nauki dostateczne. Był jedynie zamknięty w sobie, a stąd trudny do poznania: być jednak może, iż przyczyną tego jest to, że pochodzi z bardzo ubogiej rodziny góralskiej”.
Z takim świadectwem zgłosił się do Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku i został przyjęty. Był to czas trudny; bywało i niezbyt syto, i chłodno. W mroźne zimowe noce klerycy, aby nie zmarznąć pod cienkimi kołderkami, wsuwali się w papierowe worki (pozostałe po Niemcach, którzy używali ich do pakowania ciał zmarłych żołnierzy) i obwiązywali sznurkiem. Przetrwali to wszystko inni, przetrwał więc tym bardziej twardy „górol". Po dwóch latach studiów został wyświęcony na kapłana 13 czerwca 1948 r.
Po święceniach przez dwa lata był wikariuszem: w Złoczewie (1 VIII – 30 X 1948), Liskowie (1948–1949), Zduńskiej Woli (1949–1950), wreszcie w parafii Ostrowite Lipnowskie, a jednocześnie przez pewien czas udzielał się w parafii lipnowskiej: był prefektem w jednej z wiejskich szkół, a także kapelanem w szpitalu lipnowskim; posługiwał też czasowo w Karnkowie. W tym też czasie podjął studia specjalistyczne z historii Kościoła na Uniwersytecie Warszawskim, których jednak nie ukończył. W tych trudnych czasach starał się nie tylko o dobro duchowe parafian (szczególnie dbał o katechizację, dojeżdżając na lekcje rowerem), ale także o stan materialny parafii, m.in. w 1951 roku wybudował parkan wokół kościoła.
Po siedmiu latach przeniósł się w 1957 r. na probostwo do Miłkowic. Tu po raz pierwszy go poznałem z bliska, na lekcjach religii w miejscowej szkole. Można było od razu zauważyć, że ksiądz bardzo poważnie traktuje nauczanie religii i sporo wymaga.
Proboszczował w Miłkowicach przez ponad 13 lat. Był kapłanem bardzo rzetelnym i pracowitym. Starał się jak najwięcej zrobić w parafii, jak najmniej obciążając parafian. Nie zawsze wychodziło to najlepiej, bo jak wiadomo, rzadko kiedy wykonanie tanie jest zarazem dobre. Pozostawił po sobie m.in. przebudowaną górną kondygnację wieży (1969), naprawiony dach na kościele, elektryfikację i radiofonizację w kościele, odbudowaną (1970) po spaleniu się stodołę.
Parafianie nie odczuwali zbytnio ciężaru utrzymania proboszcza, ponieważ on sam starał się zarobić na siebie także pracą swoich rąk. Sam na przykład obrabiał ziemię parafialną. Starsi parafianie Miłkowic pamiętają go zapewne orzącego pole traktorem o trzech kołach, w sutannie, przykrytej szarym długim kitlem.
W pamięci mam jego ręce. Patrzyłem na nie tyle razy z bliską gdy podczas Mszy świętej dokonywał liturgicznego gestu obmycia rąk. Były to ręce stwardniałe, spękane od ciężkiej pracy. Toć ręce mojego ojca, pracującego nieustannie na roli, nie są aż tak zniszczone – myślałem. Tymi rękoma dotknął niemal wszystkiego, co w kościele, na plebanii czy na polu proboszczowskim zostało w tym czasie zrobione. Tymi rękami, gołymi, próbował kiedyś gasić ogień wdzierający się na dachy zabudowań gospodarczych, i ciężko się poparzył. Niektórzy dziwili się, że można być tak nieroztropnym. Nie dziwili się ci, którzy z własnego doświadczenia dobrze znają cenę dobytku wypracowanego własnym trudem.
Mimo to nie był proboszczem „agricolą”. Obowiązki kapłańskie stały u niego zawsze na pierwszym miejscu i nigdy z lada powodu ich nie opuszczał. Nie wiem, czy zdarzyło się, żeby opuścił godzinę katechizacji. Próbował urozmaicać katechezę przez wyświetlanie odpowiednich przeźroczy, uczenie pieśni religijnych. Czasem w okresie Bożego Narodzenia urządzał jasełka.
W pracy duszpasterskiej nie błyszczał słowem. Ani w śpiewie, ani na kazalnicy. Parafianom przez długi czas trudno było przyzwyczaić się do „góralskiej” wymowy proboszcza (szczególnie „k” zamiast „ch” na końcu wyrazów). Poza tym proboszcz nie miał chyba odwagi mówić własnymi słowami. Zazwyczaj posługiwał się dość schematycznymi kazaniami z „Biblioteki Kaznodziejskiej”, czasem czytał je na ambonie. Trudno było tym zachwycić słuchaczy. A gdy w czasie pasterki po raz któryś w ciągu ostatnich lat mówił to samo kazanie, słuchacze już po pierwszych słowach: „Cicha noc, święta noc...” zaczynali drzemać.
Był też, co zauważyli już przełożeni paulińscy, zamknięty w sobie. Nie wchodził w bliskie znajomości z ludźmi, nie zwierzał się ze swych planów. Niektórzy parafianie, nie wnikając głębiej w jego charakter, sądzili, że ksiądz patrzy na nich z góry, wynosi się nad nich.





 

Ale proboszczem był dobrym. Dbał nie tylko o dobro duchowe swoich parafian. Wiem, że starał się popychać zdolniejszą młodzież do nauki i czasem potrafił przekonać dyrektora szkoły, że na tego ucznia warto jednak postawić, mimo że na egzaminie wstępnym nie poszło mu najlepiej. Nie powinno to dziwić. Sam przecież, pochodząc z bardzo biednej rodziny, zyskał wykształcenie – pisze w swoim życiorysie – dzięki wsparciu księdza, który go skierował do szkoły. Uczniowie mogli też z osobistego księgozbioru proboszcza (miał sporo z wydawanych w latach pięćdziesiątych dzieł zbiorowych klasyków literatury polskiej i obcej) wypożyczyć książkę ze spisu lektur, jeśli akurat takiej brakło w bibliotece szkolnej.
Wydawałoby się, że taki proboszcz powinien być szczególnie ceniony przez parafian. W rzeczywistości tak nie było. Być może uważali oni, że takie postępowanie u księdza jest czymś zwyczajnym. Przecież i im nikt nie dziękuje za solidną, ciężką pracę. Proboszcz chyba jednak potrzebował jakiegoś dowartościowania. Kiedyś nawet użalił się w kościele: na koniec roku każde dziecko niesie kwiaty dla nauczyciela w szkole, a o uczącym kapłanie nikt nie pamięta. Zdaje się, że szacunek dla ks. Szewczyka zaczął rosnąć po jego odejściu z Miłkowic, i to powoli. Dopiero po ponad dwudziestu latach usłyszałem od jednego z parafian: „Nie umieliśmy doceniać ks. Szewczyka tak, jak na to zasługiwał”. Nie dziwię się temu. I ja nie zawsze umiałem.
Po dziesięciu latach ks. Szewczyk miał już pewnie dosyć Miłkowic. Od 1968 r. podawał się – jak to się mówi wśród księży – kolejno na różne wolne parafie. Były jednak różne przeszkody. Na przykład na przejście do Chełmc nie wyraziły zgody ówczesne (czytaj: komunistyczne) władze wojewódzkie (w ten sposób zwykły one dokuczać co gorliwszym kapłanom). Dopiero na początku 1971 roku bp Jan Zaręba, nie pytając już o zgodę władz państwowych, powierzył mu parafię Ostrowite Słupeckie, mianując go tzw. wikariuszem ekonomem. Parafia ta była większa od Miłkowic, ale bardziej zaniedbana gospodarczo. Pozostał tu ponad 20 lat, aż do swego przejścia na emeryturę w 1991 roku. Był to, zdaje się, najbardziej owocny czas w jego proboszczowskim życiu. Oczywiście, jak zawsze, na pierwszym miejscu stawiał katechizację. Sam nie mógł jednak już objąć całości nauczania religii, dlatego korzystał z pomocy katechetów, o których wykształcenie się starał. Opiekował się ministrantami (z tej parafii wyszło kilku kapłanów), a także założył i prowadził chórek dziecięcy, mimo że przecież nie miał specjalnych zdolności w tym kierunku.
Aby nadrobić zaległości gospodarcze w parafii, niemal każdego roku trzeba było podejmować jakąś inwestycję. Protokół wizytacyjny za lata 1972-1978 wylicza wykonane prace, a wśród nich m.in.: wybudowanie nowej piętrowej plebanii (w latach 1974-1975), malowanie kościoła, wykonanie granitowego ołtarza twarzą do ludu, położenie terakotowej posadzki w kościele, założenie ogrzewania (akumulacyjnego), wzniesienie dzwonnicy z żelazo-betonu (1972), otoczenie kościoła betonowym chodnikiem. Przy wielu tych pracach proboszcz nie szczędził własnych rąk.
Z późniejszych prac należy jeszcze wymienić choćby: konserwację obrazu Matki Bożej, rozbudowę plebanii (1983), pokrycie kościoła blachą ocynkowaną, malowanie kościoła (1985) i budowę budynku katechetycznego (kaplicy) w miejscowości Siernice Wielkie (1987–1988).
Na urlopy zazwyczaj nie wyjeżdżał, a jedynie na dwa tygodnie w ciągu roku na poratowanie swego zdrowia. Raz tylko (1981 r.) wyruszył za granicę – w odwiedziny do swego brata Józefa, także kapłana, który był profesorem w seminarium polskim w Orchard Lake w Stanach Zjednoczonych.

Ostatnie lata przeżył w swej rodzinnej parafii, w Limanowej, borykając się z chorobami i słabościami. Stale tęsknił za diecezją, której poświęcił 43 lata pracy kapłańskiej, i do niej się wyrywał, chociaż władza diecezjalna niezbyt doceniała jego pracę: jako emeryt, w 1996 r., otrzymał od biskupa włocławskiego Bronisława Dembowskiego nic nie znaczący przywilej używania rokiety i mantoletu.
Zmarł 3 listopada 1998 r., a w trzy dni później został pochowany na nowym cmentarzu w Limanowej.
 Tekst i zdjęcia  ks. Kazimierz Rulka
 





Zdjęcie przesłał Ryszard Kucharski
 




ks. Czesław Górny 25 I 1975 – 15 XI 1979; zm. 18 V 1985 r. w Osieku n. Wisłą; pochow. w Ciążeniu

Zdjęcie udostępnione przez mieszkankę Miłkowic p. Leśniak  przesłał Mirosław Rychlewski


 



Zdjęcia i informacje przesłane przez Ryszarda Kucharskiego

  

 
Dwudniowa wycieczka parafialna 1985 rok - między innymi zwiedzanie Wieliczki - zorganizowana przez ks. Majewskiego (15 XI 1979 – 30 X 1988) - nie ma na zdjęciu - w środku w czarnej chustce pani Michalak z Rzymska. Uczestniczą w wycieczce także parafianie z parafii Skęczniew.

  Przesłał Piotr Tameczka


Gazeta Warszawska 1849 - pożar kościoła, plebanii i domu mieszkalnego w Miłkowicach



 
Balbina z Wężyków Bogdańska przeznacza sumę 1500 rubli na fundusz wieczysty dla kościoła parafialnego w Miłkowicach - Gazeta Polska 1868

Kościół 
  
Słowo 1883 nr 299 (03.11                                                Słowo 1883 nr 290 (25.10)
Rok 1883 - we wsi Miłkowice, pow tureckim, guberni kaliskiej wybudowano nową świątynię dzięki ofiarności dziedziczki miejscowej, pani Bogdańskiej, która na ten cel przeznaczyła 1800 rubli, nadto ofiarowała wszelkie potrzebne matariały. Kościół pod wezwaniem "Pocieszenia Matki Boskiej"( nigdy nie sptkałam się z takim określeniem) wzniesiony został w stylu wiślano-bałtyckim, czyli krzyżackim. (Ciekawe określenie, może warto wziąć je pod uwagę. Poprzedni kościół zbudowany był z muru pruskiego, ale ten?)
 Dokonano poświęcenia świątyni w obecności kilkutysięcznego zastępu ludu na czele którego postępowało duchowieństwo całego dekanatu i wiekiem pochylona czcigodna funatorka. Poświęcenia dopełnił dziekan z Turku ks. Orzechowski.
08.04. 1910 Wizyta pasterska. J.E.ks.biskup Zdzitowiecki odbył wizytę diecezjalną. 26 po południu przybył do parafii Miłkowice i 27 kwietnia w środę kościół został konsekrowany.
 
Gazeta Kaliska 1893 nr 54
Ciekawa informacja dotycząca budowy plebanii w Miłkowicach, liczebności parafii 1700 dusz, ks. Przedworskiego, który na długo zachował się we wdzięcznej pamięci parafian.

= Z tureckiego powiatu do „Słowa“ piszą: Nie mogę zamilczeć tego, co zasługuje na pochwałę i uznanie. Zaledwie upływa rok trzeci, kiedy parafię Miłkowice objął w administrację ks. Przedworski. Kościół piękny na okolicę, lecz plebanię zastał w jak najopłakańszym stanie. Nie traci nadziei, przemawia serdecznie do parafian, trafia w czułą strunę, i przy ich pomocy, w ciągu jednego roku, jak grzyb po deszczu, że się tak wyrażę, staje piękna murowana plebania, której każda cegiełka spojona z drugą ciężkim mozołem ks. P. Piękny przykład silnej woli, bo kiedy sąsiednia parafia Br. (Brodnia, przypis mój), licząca 4,000 ludności, już 10 lat nie może się zdobyć na mieszkanie dla proboszcza, Miłkowska, licząc zaledwie 1,700, w krótkim czasie dała dowody życzliwości dla swego pasterza, za co należy się pochwała naprzód i przedewszystkiem ks. P. a potem parafianom i tylko chłopkom.
W dniu 24 lutego r. b. dopełnił poświęcenia plebanji sąsiedni proboszcz ks. Sn. i złożył podziękowanie ludkowi, a proboszczowi życzenia najdłuższego pobytu w i miłkowickiej parafji, gdzie zjednał sobie ogólne uznanie i zaufanie swoich owieczek.






Kaliszanin 1878 rok
— W pracowni bronzowniczej p. Gustawa Roszkowskiego w Warszawie została wykonana monstrancja. Jest ona cała srebrna, ze złoceniami misternej bardzo roboty, w stylu gotyckim. Waży 163 łuty i kosztuje 350 rs.
Fundowali ją dla kościoła parafialnego we wsi Miłkowice, w dekanacie tureckim, dyecezji kujawsko kaliskiej, dziedzice tejże wsi i kolatorowie kościoła, Stanisław i Joanna małżonkowie Bogdańscy.