Miłkowice woj. wielkopolskie

Prześladowania Polaków

Prześladowania Polaków w czasie II wojny

W okresie drugiej wojny światowej na tym terenie nie było znaczących działań bojowych. 6 września 6 Pułk Strzelców Konnych bił się na przeprawie pod Zaspami Miłkowskimi ze zmotoryzowanym oddziałem wydzielonym z niemieckiej 30 dywizji piechoty.
Oddziały niemieckie nadchodziły do Miłkowic od zachodu. Ludność wsi uciekała w kierunku Popowa, gdyż uważano, że za rzeką Wartą będzie już bezpiecznie. Kilku mieszkańców zostało we wsi. Pod wieczór wszystkich zapędzono do noszenia płotów i bram na most na rzece Warcie, który został zniszczony przez wycofujące się wojsko polskie. Robotników tych przed nocą zwolniono, gdyż ci domagali się przepustek.
W nocy Niemcy wyważyli drzwi mieszkań Stanisława Leśniaka, Franciszka Marcinkowskiego, Władysława Stępniewskiego, Franciszka Błazika. 12 żołnierzy niemieckich poprowadziło ich w stronę kościoła. Kościół już był zapełniony, więc poprowadzono ich do domu Janczaka. Podpalono tam stertę słomy, a jeńców zaprowadzono do szkoły, która mieściła się w domu Pieszczyńskiego. Ustawiono ich przodem do ściany i trzymano pół godziny, później pozwolono im usiąść. Korzystając z nieuwagi żołnierza Błazik uciekł. Niemiec strzelił do Marcinkowskiego, a Leśniaka ranił bagnetem.
Pod lasem w Miłkowicach stała niemiecka artyleria. Ostrzeliwała przeciwległy brzeg Warty, spodziewając się tam oddziałów wojska polskiego. Olejnik, mieszkaniec wsi, dostał się w zasięg ognia artyleryjskiego i został zabity. Nad lasem 11 września zestrzelono polski samolot.
Zginął pilot oficer lotnictwa Zdzisław Mutkowski, który został pochowany na cmentarzu w Miłkowicach. Drugi pilot zeskoczył na spadochronie i zdołał uciec. Schował się w szuwarach stawu, zmylił pogoń niemiecką i ocalał.
Po przejściu wojsk niemieckich uciekinierzy wrócili, ale już nie do swoich domów. Co lepsze zostały zajęte przez Niemców, a Polaków przesiedlono w inne miejsca. Tereny te zostały włączone do Kraju Warty i podlegały III Rzeszy. Wprowadzono restrykcje okupacyjne.
Wywożono ludzi na roboty przymusowe do Niemiec. Później utworzono obozy pracy na naszym terenie. Robotnicy mieszkali w barakach i stodołach. Prowadzono wspólną kuchnię, gdzie przyrządzano skąpe posiłki. Zmuszano ludzi do kopania głębokich na kilka metrów okopów, które umacniano balami drewnianymi pochodzącymi
z okolicznych lasów, lub wykładano faszyną. Pierwszy pas umocnień niemieckich przebiegał wzdłuż rzeki Warty, która miała być naturalną przeszkodą. Wzmocniony betonowymi bunkrami, miał zatrzymać atak Rosjan. Drugi, znacznie bardziej umocniony wiódł od Grabowa do Sieradza, a w Miłkowicach przebiegał pomiędzy lasem a szosą Turek-Warta.
Za sabotaż w czasie pracy karano śmiercią. Na polu Andryszka w Strachocicach dokonano egzekucji na jednym z Polaków za złe wykonywanie pracy. W ten dzień wszystkich zatrudnionych w obozach pracy w tej okolicy zebrano obok szubienicy zbudowanej w tym celu i wykonano wyrok. Miał to być przykład odstraszający dla innych.
Ślady okopów były widoczne długo po wojnie. Nie uległy zniszczeniu w czasie wojny, gdyż nigdy nie zostały wykorzystane. Niemcy wycofywali się bez stawiania oporu.
W Miłkowicach Buefard Niemiec, u którego musiał pracować mój dziadek Walenty Kaczmarek do ostatniej chwili nie wierzył, że to już koniec. Był okrutny dla Polaków, bił, szpiegował, nawet zaglądał do garnków. Aby ukryć zapach mięsa, moja babcia zawsze gotowała je z kapustą. Oczywiście mięso pochodziło z nielegalnego uboju. Było przechowywane w piwnicy w garnkach ukrytych w ziemniakach.
Na skutek oskarżeń Büffarda, mojego dziadka skutego kajdankami, żandarmi eskortowali zimą boso i w bieliźnie do Jeziorska, oni jechali, a on musiał biec. Po kilkudniowym areszcie, gdzie był bity i poniżany, zwolniono go do domu.
Synowie Walentego Bronisław i Antoni zostali wywiezieni na roboty przymusowe. Bronisław przebywał w Morzewie, gdzie był przez bauera bardzo źle traktowany. Pracował przy uprawie buraków cukrowych, ale mimo, że Niemiec cenił jego pracę, traktował go jak niewolnika. Spał w stajni i pracował ponad siły. Czasy te niechętnie wspominał tak jakby chciał je wymazać z pamięci.

Bronisław Kaczmarek w obejściu Niemca, u którego pracował
Kiedy Büffard musiał uciekać, bał się zemsty. Na kolanach usprawiedliwiał się przed dziadkiem, prosił o wybaczenie. Dziadek powiedział tylko – idź!, ale inni mieszkańcy Miłkowic nie byli tacy litościwi. Zawiesili mu na plecach tablicę ” Niech żyje Hitler” i kazali odejść. Po wojnie Büffard napisał do dziadka list z pytaniem, czy nie wie o losach jego rodziny, gdyż jest sam. Nikt mu nie odpisał, gdyż o losie jego rodziny nie było żadnych wieści. Ale nie wszyscy Niemcy byli tacy. W latach osiemdziesiątych XX wieku przyjechali do Miłkowic potomkowie Niemca, który zajął gospodarstwa mojego dziadka. Chcieli się koniecznie dowiedzieć jak postępowali ich rodzice w czasie okupacji. Szukali kowala, gdyż jego zapamiętali najlepiej. Kuźnia znajdowała się najbliżej domu, w którym mieszkali. Z czystym sumieniem moi rodzice mogli powiedzieć, że nikogo nie krzywdzili i nie mają do nich żalu.
Po wojnie na terenie Miłkowic i okolicznych wsi grasowała banda podszywająca się pod Armię Krajową. Przywódcą był Sobczak. Jej członkowie terroryzowali mieszkańców, żądali oddania pieniędzy, gdy wiedzieli, że ktoś sprzedał jakieś zwierzęta gospodarcze, napadali na handlarzy przewożących towary. Sobczak pochodził z Siedlątkowa, a zabity został w Wilczkowie w czasie pościgu przez MO.
Pamiętam noc w czasie świąt Bożego Narodzenia, kiedy rodzice spotkali się w organistówce ze znajomymi, a dzieci zostały pod opieką starszego kuzyna w naszym domu. Rozległo się pukanie, a właściwie walenie w drzwi. Byliśmy przerażeni i zaczęliśmy popłakiwać, baliśmy się otworzyć, jednak musieliśmy to zrobić. W drzwiach ukazały się postacie mężczyzn odzianych w kożuchy, uzbrojonych i wyglądających bardzo groźnie. Pytali o rodziców i nazwisko policjanta, który był przyjacielem rodziny.
Powiedzieliśmy gdzie wszyscy się znajdują i na szczęście odeszli, a my sparaliżowani strachem oczekiwaliśmy na powrót rodziców. Policjant, gdy zaczęto grozić mu bronią, rozpiął koszulę i powiedział „Jak coś wam zawiniłem, to strzelajcie!” Gospodarz przyjęcia jakoś ułagodził konflikt, gdyż w grupie tych ludzi był ktoś, kogo znał. Jak tylko było możliwe wydostanie się na zewnątrz, rodzice wrócili do domu, a policjant z rodziną nocował już u nas, gdyż w środku nocy nie mógł wracać do domu.
W kilka dni później doszło do strzelaniny obok remizy. Grupę ścigały oddziały MO. Mimo zlikwidowania jej, jeszcze długo można było spotkać latem widoczne obozowiska.

Kazimierz Osiewała ur. 1929 roku w Miłkowicach

Informacje i zdjęcie udostępnił syn Jacek Osiewała
W czasie okupacji Kazimierz Osiewała jako nastoletni chłopiec przebywał obozach pracy przymusowej: Bielawa, Legnica, Wołów (albo Brzeg Dolny), Kamienna Góra - te wszystkie miejscowości były wtedy na terenie III Rzeszy. Był też przez kilka tygodni na terenie Protektoratu Czech i Moraw w miejscowości Lhota pod Lipcany (ok. Hradec Kralove). Najdłużej pracował w Kamiennej Górze jako górnik przy drążeniu podziemnych tuneli w górach na terenie miasta.
Na zdjęciu Kazimierz Osiewała prawdopodobnie w Bielawie w 1944r.        



Wykorzystano:

- Halina Kaczmarek - „Okupacja hitlerowska w powiecie tureckim w latach 1939-1945”
- Mała monografia Miłkowic ( strona 42 - 44)
- Drzewo genealogiczne rodziny Kaczmarków 2007 rok