Miłkowice woj. wielkopolskie

Opowieści


Wydarzenia są prawdziwe, jednak okoliczności, osoby, miejsce wydarzenia są zupełnie zmienione. 

Jacenty i Aniela mieszkali w domu na skraju wsi. Zasobny był to dom, niczego w nim nie brakowało. Przednówki przechodziły niepostrzeżenie. Pasa gospodarz przyciągać nie musiał, rumiane liczko gospodyni błyszczało jak słonko o zachodzie, dzieci radosne i roześmiane baraszkowały pod czujnym okiem świekry, mnożyło się w oborze, na polu rosło wszystko co posiano i plonowało, oj plonowało . Komora mieściła skrzynie pełne mąki i krup, u sufitu wisiały połacie wędzonej słoniny i pęta kiełbas przez cały rok. Siadał Jacenty w dni świąteczne na przyzbie i patrzył na podwórko czysto utrzymane, na sadek płoniący się jabłuszkami, żółcący gruszkami i przebłyskujący fioletem śliwek, które zwisały niby korale nanizane na gałązki drzewek.

W takie właśnie niedzielne popołudnie do zagrody Jacentego zawitał mężczyzna odziany w czarny tużurek i sztruksowe spodnie. Zdjął z głowy czapkę z lakierowanym daszkiem, pozdrowił gospodarza i zagadnął.
- Mam różne towary na sprzedaż, może obejrzycie gospodarzu. 
- Jam tam nie ciekawy - odpowiedział Jacenty - mam wszystko co trzeba.
Zbiegły się już jednak dzieci, świekra spoglądała ciekawym okiem na walizkę pełną kolorowych korali, tasiemek, zwojów materiałów. Aniela przekładała już przez głowę sznur bursztynów które zawisły na jej ciężkich piersiach i przeglądała się w lusterku umieszczonym w bocznej kieszeni walizy. 
- Piękne – rzekła i popatrzyła na męża rozpromienionym wzrokiem. 
Jacenty wiedział, że trzeba szykować pieniądze. Podróżny jednak wspaniałomyślnie podarował je gospodyni.
- To prezent dla was. Mam zamiar zatrzymać się tutaj na dłużej. Szukam lokum na parę dni. Sołtys powiedział, że macie wolne izby. 
Aniela jakoś nie była skora do przyjmowania obcego pod dach. 
- Dom duży, to prawda, jednak rodzina ma przyjechać i gdzieś ich trzeba pomieścić. – wykręcała się zdejmując korale i chowając na powrót do walizki. - Może gdzieś indziej poszukacie.
Niespodziewanie świekra przyjęła propozycję nieznajomego.
- U mnie w przybudówce jedna izba pusta stoi. Możecie zamieszkać, jak zapłacicie. 
Nieznajomy ugodził się ze staruszką i przeniósł swój majątek do nowego dla siebie lokum. Wieczór już zapadł, wszystko w obejściu nakarmiono, pozamykano drzwi budynków inwentarskich. Cały rozgwar domowy przeniósł się do kuchni. Aniela szykowała kolację, myła dzieci, i wszyscy pogadywali o nieznajomym. Zamilkli, gdy ktoś zapukał do drzwi kuchni. Przybysz stanął w progu, rozejrzał się trochę speszony nagłym milczeniem, ale widocznie wepchnięta do kieszeni butelka wódki dodawała mu odwagi, gdyż odezwał się raźno i wesoło.
- Na dobry czas trafiłem, kolacja pachnie aż na podwórku. Chcę się zaznajomić, może się przysiądę. 
Jacenty rad nierad zaprosił gościa do stołu, Aniela postawiła na stole talerze i łyżki. Jedli kolację zerkając niezbyt chętnie na gościa. Pierwsze kieliszki jednak przełamały lody. Dzieci położono spać w izbie obok, a rozmowa przedłużyła się aż do późnych godzin nocnych. Nieznajomy mówił ciekawie, przytaczał barwne scenki z życia, czym zaskarbił sobie serca domowników, a szczególnie starszej pani. Pokazywał różne sztuczki, robił coś z niczego i budził zachwyt swoimi umiejętnościami. Późno już było i w końcu trzeba było iść spać, rano czekał praca. Świekra z nieznajomym poszli w stronę przybudówki. Drugiego dnia, gdy wszyscy wieczorem byli już w domu, Jacenty mimo zachęty nie był już skory do wspólnego spędzania wieczoru. Nieznajomy z ociąganiem wyniósł się przed dom, przysiadła się do niego świekra. Gawędzili aż do wieczora, a gdy czas już było się zbierać, przeszli do przybudówki dobić interesu, gdyż nieznajomy zaproponował staruszce rozmnożenie pieniądzy. Zażądał tylko aby mu je tylko dostarczyła w kamiennym garnku przykrytym płótnem lnianym. 

Zapaliła się do pomysłu starowina. Pobiegła do swojej izby, odszukała wszystkie oszczędności, co miała schowane na czarną godzinę, włożyła do garnka, przykryła czyściutką białą, lnianą ściereczką i wręczyła człowiekowi, który posiadał moc tak wielką, że mnożyć pieniądze umiał. Postawiła garnek na stole, stanęła i czekała. Magik jednak stwierdził, że zdwojenie, a może i potrojenie sumy, musi odbywać się w odosobnieniu, gdyż poważna to sprawa i nie da się zrobić tego tak jak z kwiatkiem czy grzebieniem. Wyszła posłusznie starowina, stanęła pod drzwiami i czekała, długo czekała, aż w końcu zaniepokojona o los potrojonego bogactwa nie wytrzymała i wtargnęła do izdebki. Zdumiona stanęła na środku, gdyż nikogo tam nie zobaczyła. Pobiegła po Jacentego i Anielę. Z pośpiechu nie mogła wypowiedzieć o co jej chodzi. Oni jednak bez wdawania się w szczegóły pośpieszyli za staruszką, weszli do izby rozglądając się po kątach, ale nieznajomego nie było, walizki też nie było. Izba była pusta.. Chłodem wieczornym powiało, podszedł więc Jacenty do okna zasuniętego zasłonkami, odciągnął je na boki, a tam okno jak szeroko rozwarte czerniało nocną pustką. Zrozumiał co się stało. Po dokładnym przeglądnięciu zakamarków izdebki znaleziono kamienny garnek przykryty białym ręcznikiem lnianym, tyle tylko, że zupełnie pusty. Pieniądze zamiast się podwoić, a może nawet potroić, zniknęły zupełnie. 
Biedna świekra usiadła ciężko na krześle i trzymając się z rozpaczy za głowę, głośno labiedziła.
- Na pogrzeb miałam odłożone, miał być godny, z piękną dębową trumną, orkiestrą i dwoma księżmi, a teraz nie wiadomo co mnie będzie czekało. 
Zlitowała się Aniela, podbiegła do świekry i przytuliła ją mocno.
- Będziecie mieli pogrzeb taki jaki pragniecie, nie poskąpimy wam, tylko musicie nam obiecać, że więcej już mnożyć pieniędzy nie będziecie.
Gospodarze mieli wyrzuty sumienia. Starowinę zostawili z obcym człowiekiem. Co z tego, że wyglądał porządnie i budził zaufanie, zamiary miał jednak jak się okazało nieczyste. Pieniądze tylko pracą można pomnożyć, sposobem trudno to zrobić.


 

 Jacenty i Aniela mieszkali w domu na skraju wsi. Zasobny był to dom, niczego w nim nie brakowało. Przednówki przechodziły niepostrzeżenie. Pasa gospodarz przyciągać nie musiał, rumiane liczko gospodyni błyszczało jak słonko o zachodzie, dzieci radosne i roześmiane baraszkowały pod czujnym okiem świekry, mnożyło się w oborze, na polu rosło wszystko co posiano i plonowało, oj plonowało . Komora mieściła skrzynie pełne mąki i krup, u sufitu wisiały połacie wędzonej słoniny i pęta kiełbas przez cały rok. Siadał Jacenty w dni świąteczne na przyzbie i patrzył na podwórko czysto utrzymane, na sadek płoniący się jabłuszkami, żółcący gruszkami i przebłyskujący fioletem śliwek, które zwisały niby korale nanizane na gałązki drzewek.

W takie właśnie niedzielne popołudnie do zagrody Jacentego zawitał mężczyzna odziany w czarny tużurek i sztruksowe spodnie. Zdjął z głowy czapkę z lakierowanym daszkiem, pozdrowił gospodarza i zagadnął.
- Mam różne towary na sprzedaż, może obejrzycie gospodarzu.
- Jam tam nie ciekawy - odpowiedział Jacenty - mam wszystko co trzeba.
Zbiegły się już jednak dzieci, świekra spoglądała ciekawym okiem na walizkę pełną kolorowych korali, tasiemek, zwojów materiałów. Aniela przekładała już przez głowę sznur bursztynów które zawisły na jej ciężkich piersiach i przeglądała się w lusterku umieszczonym w bocznej kieszeni walizy.
- Piękne – rzekła i popatrzyła na męża rozpromienionym wzrokiem.
Jacenty wiedział, że trzeba szykować pieniądze. Podróżny jednak wspaniałomyślnie podarował je gospodyni.
- To prezent dla was. Mam zamiar zatrzymać się tutaj na dłużej. Szukam lokum na parę dni. Sołtys powiedział, że macie wolne izby.
Aniela jakoś nie była skora do przyjmowania obcego pod dach.
- Dom duży, to prawda, jednak rodzina ma przyjechać i gdzieś ich trzeba pomieścić. – wykręcała się zdejmując korale i chowając na powrót do walizki. - Może gdzieś indziej poszukacie.
Niespodziewanie świekra przyjęła propozycję nieznajomego.
- U mnie w przybudówce jedna izba pusta stoi. Możecie zamieszkać, jak zapłacicie.
Nieznajomy ugodził się ze staruszką i przeniósł swój majątek do nowego dla siebie lokum. Wieczór już zapadł, wszystko w obejściu nakarmiono, pozamykano drzwi budynków inwentarskich. Cały rozgwar domowy przeniósł się do kuchni. Aniela szykowała kolację, myła dzieci, i wszyscy pogadywali o nieznajomym. Zamilkli, gdy ktoś zapukał do drzwi kuchni. Przybysz stanął w progu, rozejrzał się trochę speszony nagłym milczeniem, ale widocznie wepchnięta do kieszeni butelka wódki dodawała mu odwagi, gdyż odezwał się raźno i wesoło.
- Na dobry czas trafiłem, kolacja pachnie aż na podwórku. Chcę się zaznajomić, może się przysiądę.
Jacenty rad nierad zaprosił gościa do stołu, Aniela postawiła na stole talerze i łyżki. Jedli kolację zerkając niezbyt chętnie na gościa. Pierwsze kieliszki jednak przełamały lody. Dzieci położono spać w izbie obok, a rozmowa przedłużyła się aż do późnych godzin nocnych. Nieznajomy mówił ciekawie, przytaczał barwne scenki z życia, czym zaskarbił sobie serca domowników, a szczególnie starszej pani. Pokazywał różne sztuczki, robił coś z niczego i budził zachwyt swoimi umiejętnościami. Późno już było i w końcu trzeba było iść spać, rano czekał praca. Świekra z nieznajomym poszli w stronę przybudówki. Drugiego dnia, gdy wszyscy wieczorem byli już w domu, Jacenty mimo zachęty nie był już skory do wspólnego spędzania wieczoru. Nieznajomy z ociąganiem wyniósł się przed dom, przysiadła się do niego świekra. Gawędzili aż do wieczora, a gdy czas już było się zbierać, przeszli do przybudówki dobić interesu, gdyż nieznajomy zaproponował staruszce rozmnożenie pieniądzy. Zażądał tylko aby mu je tylko dostarczyła w kamiennym garnku przykrytym płótnem lnianym.

Zapaliła się do pomysłu starowina. Pobiegła do swojej izby, odszukała wszystkie oszczędności, co miała schowane na czarną godzinę, włożyła do garnka, przykryła czyściutką białą, lnianą ściereczką i wręczyła człowiekowi, który posiadał moc tak wielką, że mnożyć pieniądze umiał. Postawiła garnek na stole, stanęła i czekała. Magik jednak stwierdził, że zdwojenie, a może i potrojenie sumy, musi odbywać się w odosobnieniu, gdyż poważna to sprawa i nie da się zrobić tego tak jak z kwiatkiem czy grzebieniem. Wyszła posłusznie starowina, stanęła pod drzwiami i czekała, długo czekała, aż w końcu zaniepokojona o los potrojonego bogactwa nie wytrzymała i wtargnęła do izdebki. Zdumiona stanęła na środku, gdyż nikogo tam nie zobaczyła. Pobiegła po Jacentego i Anielę. Z pośpiechu nie mogła wypowiedzieć o co jej chodzi. Oni jednak bez wdawania się w szczegóły pośpieszyli za staruszką, weszli do izby rozglądając się po kątach, ale nieznajomego nie było, walizki też nie było. Izba była pusta.. Chłodem wieczornym powiało, podszedł więc Jacenty do okna zasuniętego zasłonkami, odciągnął je na boki, a tam okno jak szeroko rozwarte czerniało nocną pustką. Zrozumiał co się stało. Po dokładnym przeglądnięciu zakamarków izdebki znaleziono kamienny garnek przykryty białym ręcznikiem lnianym, tyle tylko, że zupełnie pusty. Pieniądze zamiast się podwoić, a może nawet potroić, zniknęły zupełnie.
Biedna świekra usiadła ciężko na krześle i trzymając się z rozpaczy za głowę, głośno labiedziła.
- Na pogrzeb miałam odłożone, miał być godny, z piękną dębową trumną, orkiestrą i dwoma księżmi, a teraz nie wiadomo co mnie będzie czekało.
Zlitowała się Aniela, podbiegła do świekry i przytuliła ją mocno.
- Będziecie mieli pogrzeb taki jaki pragniecie, nie poskąpimy wam, tylko musicie nam obiecać, że więcej już mnożyć pieniędzy nie będziecie.
Gospodarze mieli wyrzuty sumienia. Starowinę zostawili z obcym człowiekiem. Co z tego, że wyglądał porządnie i budził zaufanie, zamiary miał jednak jak się okazało nieczyste. Pieniądze tylko pracą można pomnożyć, sposobem trudno to zrobić



Mikuś został na świecie sam. Najpierw pomarli dziadkowie, później odeszli rodzice. Nie miał rodzeństwa, nikogo bliskiego  więc  postanowiono oddać go do domu dziecka. Zlitowali się nad jego losem dalecy krewni i przygarnęli chłopca. Jak to w życiu bywa, nic nie ma za darmo. Ich synowie byli już wyrosłymi młokosami i paść krów nie chcieli, a że nie miał kto tego robić, Mikuś miał zostać  pastuszkiem.
Mikusia nie można było nie lubić, niezbyt wyrośnięty, szczupły, zwinny, z wiecznie śmiejącymi się oczkami był ulubieńcem wszystkich - hołubiła go ciotka, jej synowie, wujek i dzieciaki w szkole. Mikuś uczęszczał już do siódmej klasy, a że był mikrusowaty, zaopiekowały się nim dziewczyny z przerośniętych roczników, jako że były to lata zaraz po wojnie i nie wszyscy w czasie kończyli szkołę. Na zdjęciu grupowym stoi Mikuś pomiędzy dwiema matkującymi mu rosłymi dziewczynami. 
http://milkowice.pl.tl/Szko%26%23322%3Ba.htm
Mikuś był z natury rzeczy towarzyski, do każdego zagadał, uśmiechnął się, nie w głowie były mu psoty, miał kolegów i nawet zbytnio nie narzekał na popołudniowe wędrówki z krowami na pastwisko, wszystkie dzieciaki musiały to robić to i Mikuś robił. Miał jednak jedną słabość, ciągnęło go do wody. Pływał jak rybka i każdą wolną chwilę latem poświęcał na kąpiele. W rzece kąpał się z kolegami, jednak to mu nie wystarczało, biegł dalej i stawał na moście oddalonym o kilometr może, gdzie z obu stron czerniały wody starorzecza.  

Patrzył i patrzył, tak jakby coś go tam przywoływało. Mieszkający nieopodal gospodarz, widząc wpatrzonego w czarną toń chłopca, ostrzegał:- Mikuś, tutaj nie wolno się kąpać, głęboko, a dołem woda zimna.
- Ja tylko patrzę – odpowiadał Mikuś, ale nie odchodził. Ciągnęło do przepastnej głębi.
Sitowie kłaniało mu się w pas przyginane wieczornym wietrzykiem, tataraki nawoływały:
- Podejdź, nie bój się, poczujesz jak pachnie bagno, podejdź, podejdź…
Żabi chór śpiewał skrzekliwie: - Rech, rech, kum, kum… a echo niosło daleko pieśń wodniackich diw. Wieczór dopiero wypędzał chłopca z mostu. Wsiadał na rower i wolno odjeżdżał. Ciągle jednak myślał o tym miejscu i w końcu namówił mieszkających za rzeką chłopaków, aby zmierzyć głębokość wody przy moście. Przynieśli bosaki, powiązali  i szukali dna. Nie dało się jednak oprzeć ich o stały grunt. Woda wymyła głębię i strzegła jej tajemnic.
Chłopacy w niedzielne popołudnia skali z mostu do rzeki. Popisywali się, ale nie było to ani mądre, ani bezpieczne.  W końcu doszło do wypadku, jeden rozbił sobie głowę więc zaprzestali, zmuszeni do zaniechania tego procederu przez zdenerwowanych rodziców. Mikuś jednak nie miał zamiaru zaprzestać, namówił kolegów aby przenieść się na starorzecze. Pobiegli, stanęli na moście, ale nikt nie miał odwagi skoczyć. Było już późne popołudnie,  wrócili więc nad rzekę, aby wykorzystać wolny czas  i popływać. Mikuś jednak wymknął się niepostrzeżenie i wrócił na drugi most. Najpierw stał i patrzył, jakby ważył doniosłość swoich myśli, w końcu stanął na barierce i skoczył. Ktoś zauważył, przybiegli ludzie, wpatrywali się w taflę wody, czekająć  czy wypłynie, jednak woda zamknęła się za chłopcem i znieruchomiała. Przyniesiono bosak, rzucono się do przeczesywania topieli, przeciągnięto łódki z pobliskiej strugi, ale nie można było natrafić na ciało chłopca. Dopiero pod wieczór znaleziono jego ciało  w przybrzeżnych szuwarach po drugiej stronie mostu.
Topiel oddała niepotrzebną jej już ofiarę przybraną w zielone wodorosty, otuloną kępami rzęsy, zsiniałą i bezbronną. Przybrzeżne  olchy  litościwie nuciły dla niego  pieśń żałobną, przerwały jednak w pół taktu  i z bólu znieruchomiały. Mikuś  zbratany z głębią odszedł na zawsze. 

 Światło
 Zyga siedział na nadrzecznej skarpie i wpatrywał się w przeciwległy brzeg rzeki. Myśli, jak jaskółki, latały coraz szybciej nad jego głową. Ani je odgarnąć, ani zmusić do zatrzymania. Oplotły go całego i kłębiły się pod stroskanym czołem. Zgarbił się pod ich ciężarem, bezradne ręce oparł na kolanach, a nogi zastygłe w bezruchu, zwisały jak olchowe kłody przytwierdzone do korpusu.
- Co robić?
Wypłacili mu dzisiaj w banku pieniądze za ojcowiznę. Teczka wypchana banknotami leżała obok na trawie wśród wonnych kęp macierzanki. Zamknęła w sobie całe minione ciepło matczynych rąk, donośny głos ojca, domostwo i zagony ziemi, które miał być dla niego chlebem i trwaniem.
Radzili w banku: - Niech pan założy konto, kupi sobie jakieś mieszkanie. Nie jest bezpiecznie trzymać tyle pieniędzy w domu.
W domu! Przecież już nie było domu. Może jeszcze tutaj pomieszkać kilka dni, ale nie więcej. Rozbierają już most. Nie pozwalają tamtędy ludziom przechodzić. Deski prześwitują i trzeszczą niebezpiecznie. Mógłby przepływać łódką, ale gdy wszystko zostanie zalane, nie będzie do czego płynąć. Żegnał się zgorzkniałym spojrzeniem z rzeką, domostwem obrosłym olchami, jeziorkiem przerośniętym tatarakiem i sakami w zaroślach. Głowa opadała mu coraz niżej na piersi, aż w końcu litościwy chłód wieczoru zmusił go do działania. Załadował do łódki to, co uważał jeszcze za niezbędne, i popłynął na drugą stronę rzeki. Woda cicha była jak nigdy, nurt spowolnił, wyspa znieruchomiała z podziwu dla jego odwagi, tylko plusk wioseł znaczył nową drogę i prowadził do celu.
Cel! Ubożuchny to był cel.
Miał zająć jakąś opuszczoną chatę. Niby tam nie wolno było mieszkać, ale kto to będzie sprawdzał. -- - To na tymczasem. – myślał. Wcześniej przewiózł już łóżko, pościel, kilka sprzętów. Reszty nie warto było zabierać. Nie miał przecież wielkich wymagań. Ma pieniądze, to kupi co będzie trzeba. Myślał o budowie jakiegoś domku, przecież wszystko umiał zrobić, to da sobie radę. Liczył też na Tolka, on nie zostawi go samego, pomoże. Nie na darmo nazywali go Świętym Tolkiem. Zyga, to jego rodzina, a Tolek szanował rodzinę. Zresztą dokąd Zyga miałby wyjeżdżać? Pomieszkiwanie w miejskich klatkach było nie dla niego. Jego miejsce było w Miłkowicach, bliżej swojego Światła.
Zyga miał swoją tajemnicę, która trzymała go tutaj bardziej, niż ojcowizna, rzeka, i wszystkie skarby świata. Powierzył ją tylko Tolkowi. Miał nadzieję, że dla innych jest niewidoczna. Mylił się jednak Zyga bardzo. Tajemnica wylewała się z jego oczu, zdradzały ją długie, nieporadne kroki, gdy zmierzał kilka razy dziennie od Krzyżówek aż do rzeki i z powrotem. Ludzie najpierw zastanawiali się, co może mieć do załatwiania Zyga, dlaczego krąży jak długonogi żuraw? Szybko jednak zrozumieli czego szuka. Zyga szukał Światła! Wystarczało, że dostrzegł, omiótł spojrzeniem, pozdrowił, odwzajemnił uśmiech, a już w sercu zakwitały mu czerwone róże i trwały tam całą długą noc.
Tolek radził niekiedy: - Zyga, ona nie dla ciebie. Znajdź sobie spokojną dziewczynę, ożeń się, załóż rodzinę. Sam jesteś na tym świecie, długo tak nie wytrzymasz.
Zyga uśmiechał się tylko i nic nie odpowiadał. Co niby miałby powiedzieć, przecież czuł, że Światło przenikało go na wskroś, było całym jego życiem. Po co mu inna kobieta?!
W końcu przyszło najgorsze. Zniknęły pieniądze. Były przecież zakopane w miejscu, o którym nikt nie wiedział, nawet Święty Tolek. Zyga pomyślał, że wygrzebały je lisy i rozniosły po lesie, albo może chłopacy rozgrzani wodą ognistą sprowadzili psa, który wywęszył kryjówkę? Ale mogły też znikać po trochu, gdy Zyga sprawdzał, czy jeszcze są i zawsze brał kilka banknotów na drobne wydatki, aż w końcu nic nie zostało?! Tak czy siak, pieniędzy nie było. Zyga nie miał teraz nawet co włożyć do garnka. Chodził nad zbiornik i zawsze jakaś ryba dawała się podejść, a nawet bywało tak, że i coś sprzedał letnikom biwakującym nad brzegiem, ale to przecież nie starczało na utrzymanie. W końcu wystarał się o jakąś pracę na budowie i znikał na cały dzień, ale popołudniami i tak przemierzał drogę w nadziei, że ujrzy Światło.
Na domiar złego Święty Tolek nie wytrzymał trudów życia. Któregoś dnia siedząc na ławce przed domem, poczuł krew znienacka płynącą ciurkiem z nosa jak szczodrobliwy strumyk miłości. Zanim przyjechało pogotowie, mała żyłka pękła i Święty stawił się na swoje miejsce w niebie. Zyga stracił jedynego przyjaciela. Siadywał teraz częściej na progu chaty i czarne myśli napływały jak fale do jego skołatanej głowy, aż w końcu, w jakieś upalne popołudnie, Zyga zapragnął światła niebieskiego, gdy ziemskie Światło i tak miało nie być dla niego.
I przyszło światło!
Znieruchomiały akacje, przestraszone ptaki przycupnęły w gniazdach, chmury pojaśniały na niebie, a Zyga zawisł na gałęzi akacji wyciągnięty jak struna, a potem widać było jak długaśnymi krokami, tak jak to miał w zwyczaju, zmierza tunelem do światełka, które jasnym blaskiem przyzywało go do siebie.
Widocznie przeznaczeniem Zygi było światło.

 


Dom kawek
Nadszedł marzec, a może początek kwietnia, kiedy to pojedyncze patyki zaczęły spadać w głąb komina plebanii. Jeden, najdłuższy, zaczepił się tuż u wlotu. Obok niego gromadziły się inne. Znosiła je żwawo para kawek trwających w długoletnim już związku, ale żywo zainteresowana jeszcze sobą i pragnąca założyć dom. Przepędzono je brutalnie z komina chałupy naprzeciwko i tutaj znalazły spokojną przystań. Rodzina gdzieś mieszkać musi. Nowe miejsce było dogodne; cisza, spokój, obok wiele drzew i ta przestrzeń, która niczym nieograniczona rozciągała się aż po kościół. Gniazdo było na ukończeniu, przyszedł czas na złożenie jajek. Para kawcza zabrała się do przedłużenia gatunku z zapałem i już niezadługo w gnieździe pojawiły się małe pisklęta. Rosły w oczach karmione sowicie przez opiekuńczych rodziców. Widać było łyskające z gniazda czarne czapeczki zdobiące małe główki i mleczne tęczówki bystrych oczek. A jaka radość ogarniała rodziców, gdy zaczęły uczyć się fruwać. Ile było śmiechu z nieporadnych ruchów skrzydełek. I wszystko to dzięki księdzu, który zostawił domostwo puste i niezamieszkałe.
     Proboszcz wyjechał ratować zdrowie po trudnych przejściach, jakie go dotknęły. Poszarzała plebania stała już kilka miesięcy pogrążona w smutnym wdowieństwie. Bezlistne drzewa szerokimi, wierzbowymi woalami gałęzi przysłaniały okna, a rdzewiejące blachy dachu ponurym skrzypieniem wspierały ją w bólu osamotnienia. Dopiero wraz z wiosną przybył nowy administrator parafii. Gorliwie sprawował posługę w kościele, probostwem się jednak zbytnio nie zajmował. Siebie też nie rozpieszczał. Herbatę przygotowywał z udziałem prymusa, gdyż prąd jeszcze nie dopłynął do Miłkowic, ale czy coś zdołał ugotował używając kuchni, jak to było tutaj we zwyczaju?! Bóg raczy wiedzieć.      Nadszedł sierpień, miesiąc przedodpustowy. Ruch zaczął się we wsi, sprzątano, malowano, gromadzono wiktuały. Na plebanii należało się także przygotować do przyjęcia księży z sąsiednich parafii. Ksiądz, mimo że taki młody, zdawał sobie z tego sprawę. Kuchnia była niezbędna aby coś upiec, ugotować, wzbudziła więc nareszcie zainteresowanie gospodarza plebanii. Próbował sprawdzić jak działa, rozpalił ogień, jednak w odpowiedzi na ten heroiczny czyn, zamiast wesoło trzaskających płomieni, zaczął wydobywać się spod blachy siny, gryzący dym, który przesłonił wnętrze. Dusząc się i pokaszlując pootwierał niefortunny palacz wszystkie okna i gasił tlące się polana wodą, co potęgowało jeszcze efekt, wzmocniony teraz buchającymi kłębami pary.
Obok plebani przechodziła akurat grupka młodych ludzi. Ich uwagę zwrócił wydobywający się z okna dym. Pobiegli na ratunek przekonani, że wybuch pożar. Ksiądz, widząc młodych parafian idących z odsieczą, zostawił kuchnię swojemu losowi i wyszedł przed plebanię podzielić się troskami. Przemówił trąc łzawiące oczy:
- Sprawdzałem czy z kuchnią wszystko w porządku. Zażądała tego kucharka, która ma przyjechać, aby przygotować co trzeba na odpust. Coś zdecydowanie jest nie tak. Komin się zapchał, nie ma ciągu.
Ale co robić, nie wiem.
- Może komin zapchały kawki? – ktoś podpowiedział.
- Może i tak, ale jak ja je mam stamtąd wyprosić?
Młodzi ludzie wymienili się spojrzeniami. Idąc drogą rozmawiali na temat niedogodnego dla nich terminu odpustu mającego wypaść 2 września, kiedy już trzeba było wyjeżdżać do szkoły i o pozostaniu na zabawie, która odbywała się pod kasztanem koło remizy, nie mogło być nawet mowy - rodzice nie dali by im takiej alternatywy. Postanowili kuć żelazo póki gorące. Najodważniejszy zaczął:
- Proszę księdza, my księdzu pomożemy, znajdziemy kogoś kto oczyści komin, jednak ksiądz musi nam też iść na rękę.
- Ja? A co ja niby mam zrobić? – spytał zdziwiony ksiądz.
- Ksiądz ustali termin odpustu o tydzień wcześniej, a my zaradzimy coś w sprawie komina.
- Nie godzi się – odrzekł ksiądz, ale oczy mu się śmiały. Młody był i w lot zrozumiał o co chodzi.
- Co to księdzu przeszkadza? Przecież odpust się odbędzie, a że przed, a nie po Augustynie, to przecież nie stanowi chyba problemu.
- Niech się zatem dzieje się wola Pan, przełożymy odpust – skwapliwie na wszystko przystał duchowny, gdyż chyba dosyć miał już kawek, komina i wszystkich problemów z tym związanych. Unosząc lekko przydymioną sutannę obwieścił – Macie dwie godziny czasu na załatwienie sprawy - i skierował swoje kroki w stronę pogrążonej w sinej poświacie plebanijnej kuchni.
- Będzie wszystko jak należy – zgodnie zakrzyknięto. Podzielono się zadaniami. Jedna grupa pobiegła po najdłuższe drabiny jakie były w pobliskich gospodarstwach, inni wyruszyli na poszukiwanie pana Ziutka, który pełnił rolę pogotowia technicznego we wsi. Powiązane drabiny ułożono już na dachu, ale majstra jakoś nie było widać. Przywiedli go w końcu, tylko szedł jakoś tak niemrawo.
- Cocoo tutu jest do zroobieniaaa? - zapytał z głupia frant, gdyż przecież wyłożono mu dokładnie czego się od niego oczekuje.
- Pan chyba, panie Ziutku, nie czuje się zupełnie dobrze. Jak pan ma zamiar wejść na dach? – pytały delikatnie co bardziej tchórzliwe dziewczyny, nie chcąc obrazić majstra znanego z tego, że często bywał na rauszu, a bojąc się o niepomyślne zakończenie sprawy.
- Gdybymmm bybybył trzeźwy, to za nic na świecie nie wszedłbymbym tatam – odrzekł z godnością pan Ziutek pieczętując sprawę szerokim uśmiechem.
Nie wdając się w dalszą dyskusję ubezpieczył się pasem ochronnym, który jakoś tam mocował do szczebli drabiny i dzierżąc w prawicy długi metalowy pręt, wspinał się żwawo krokiem żuczka w górę i o dziwo, nawet się nie chwiał.
Zgromadzeni na dole w pobożnym skupieniu wpatrywali się w jego przesuwającą się postać. Modlili się w duchu aby tylko nic mu się nie stało. Chłopacy stali z rozciągniętymi kocami na dole, tak na wszelki wypadek. Nawet ksiądz nie wytrzymał i wrócił na miejsce kawczej egzekucji. Wykonawca dotarł już do komina, zamieszał w jego mrocznej czeluści prętem. Przerażone kawki wzbiły się w górę i krążąc nad swoim rodzinnym gniazdem, do którego już serdecznie się przecież przywiązały, wymyślały donośnym krakaniem od najgorszych intruzowi burzącemu spokój ich dniom pogodnym i szczęśliwym. Tłukły skrzydłami o komin i głowę pana Ziutka, gdyż jak wiadomo bezsilność budzi furię w pokrzywdzonych istotach. W pewnym momencie zachwiał się pan Ziutek niebezpiecznie, jednak w nim też nachalny atak kawek wyzwolił tytana. Pchnął z całej siły prętem, raz i drugi, na szczęście gniazdo było tuż u wylotu komina, i tłukąc zapiekle w spojone długiem siedzeniem zgromadzone gałęzie, naruszył strukturę konstrukcji. Część gniazda strącił na ziemię, a resztę zepchnął w ciemne czeluście komina.
Gniezdny dom kawek przestał istnieć!
Schodził powoli i z namaszczeniem bohater walki z kawkami o komin, jako zwycięzca. Kawki w górze krakały rozwścieczone, a widownia zgromadzona na dole przezornie milczała, aż nie znalazł się na ziemi.
- Już po wszystkim! – obwieścił tryumfalnie.
Rozwiązały się teraz języki. Chwalono jego odwagę, umiejętność zachowania się na tak dużej wysokości, brawurę w czasie wykonywania akcji. Dziewczyny scałowywały sadzę z usmolonej twarzy pana Ziutka w dowód wdzięczności za jego dokonania, tylko kawki łopotem czarnych skrzydełek i niekończącym się krakaniem złowieszczo wieściły kawczą zemstę.
Ksiądz, jako gospodarz posesji, zabrał teraz głos w sprawie zapłaty. Liczył się przecież z tym, że młodziankowie pieniędzy raczej nie mają.
- Ile się należy panie Ziutku?
- Nic się nie należy! Od osoby duchownej pieniędzy nie biorę – odparł z godnością pogromca kawek.
- Bóg zapłać - odrzekł ksiądz. Pomodlę się za pana. Pomodlimy się wszyscy – rzekł, przy czym powiódł wymownym spojrzeniem po zgromadzonych tutaj młodych ludziach. Odpowiedzieli na to wezwanie zgodnym potakiwaniem głów.
Odchodził pan Ziutek w glorii chwały. Żegnały go wesolutkie i pełne ulgi słowa. Wszyscy byli wdzięczni Niebiosom za to, że pan Ziutek szczęśliwie zszedł na ziemię, tylko w kawczym świecie gotowało się z oburzenia.
Zdjęto drabiny, sprzątnięto teren wokół plebanii i obserwując fruwające bezradnie mieszkanki komina, teraz już bez dachu nad głową, wrócono do sprawy odpustu.
- Dałem słowo to i go dotrzymam – odpowiedział z godnością ksiądz.
     W najbliższą niedzielę zgromadzeni w kościele parafianie usłyszeli, że odpust odbędzie się 26 sierpnia, mimo że Augustyna przypadało 28, i według tradycji odpust powinien wypaść w niedzielę po Augustynie, to znaczy 2 września. Nieco zdziwieni spoglądali po sobie Miłkowiczanie, ale to przecież ksiądz jest gospodarzem parafii. Pokornie przyjęli jego decyzję, gdyż odpust to odpust, a kiedy się odbędzie, to nie jest już najważniejsze. Co niektórzy popchnęli z miejsca odrosłe latorośle z wieścią do rodziny, że mają stawić się o tydzień wcześniej. Niehonornie by było, gdyby goście nie przyjechali na odpust. Oni wszakże byli u nich, jedli i pili, to należało się zrewanżować. Co bliżej mieszkający kramarze dowiedzieli się też o zmianie terminu i przybyli rozstawić kramy i handlować u podnóża świątyni w oznaczonym terminie.
     Odpust odbył się. Zaproszeni księża zjechali się tłumnie i kroczyli godnie w czasie procesji długim szpalerem, a po uroczystości gościli na plebanii, gdzie ksiądz pełnił co prawda tylko funkcję administratora, przyjmował ich jednak godnie i wystawnie, jako że kuchnia stanęła na wysokości zadania i kucharka także. Zabawa pod kasztanem trwała aż do północy. Grała orkiestra, młodzi tańczyli, żegnali się z rodzinną miejscowością i sami z sobą. Mieli się co niektórzy zjawić tutaj dopiero na Boże Narodzenie. Wszyscy byli zadowoleni, tylko kawki wyrażały swoje oburzenie pałętając się pod nogami przechodniów idących do koscioła i między kramami odpustowymi na znak protestu. Bolała je bezdomność, która ciężkim brzemieniem legła na spójności długoletniego kawczego związku.
    W niedzielę 2 września, jak doniesiono autorce niniejszego opowiadania, zaczął się sądny dzień, a właściwie zaczął się już w sobotę, kiedy to zaczęli zjeżdżać nieświadomi zmiany terminu odpustu kramarze z dalszych okolic, do których wieść o zmianie terminu znanego przecież w całej okolicy zgromadzenia wiernych, nie dotarła.
Celowały w wyzwiskach i przekleństwach kramarki, najczęściej grube jak donice baby - chyba od tego siedzenia za zastawionymi świecidełkami stołach?! Lżyły, na czym stoi, porządek w parafii, aż zaniepokojony ksiądz, do którego przez uchylone okna plebanii dochodziły krzyki rozwścieczonych kobiet, wysłał kościelnego, aby objaśnił istniejący stan rzeczy i zmusił je do pogodzenia się z realiami. Przecież nie mógł wyjść sam, by nie brukać honoru, wysłuchiwać krzyków i objaśniać, że winę za przełożenie terminu odpustu ponoszą kawki? Część kramarzy zwinęła na powrót manatki i odjechała zniesmaczona, a kilka zdeterminowanych kramarek zostało do niedzieli, jednak ten krok był nieopatrzny. Kramów nie oblegali idący do kościoła na sumę mieszkańcy Miłkowic. Co to, to nie. Niepotrzebne nikomu i psujące się od ręki zabawki nabywało się tylko w dniu odpustu, choć zbawienia i odpuszczenia grzechów nikomu nie przynosiły, ale zawsze miło było mieć piłeczkę na gumce lub kolorowe spineczki.
    Kawki triumfowały. Rozsiadały się teraz na przykościelnym parkanie i wodziły bystrymi oczkami na prawo i lewo. Ich łupkowoszare upierzenie kręcących się w tę i tamtą stronę szyjek odbijało się od czerni piór nałożonych na znak żałości sukienek. Straciły dom, ale doczekały się wyrównania rachunków. Ostatnia byłaż to msza, którą ksiądz administrator odprawił w kościele. Wyfrunął potem znienacka w niewiadomym nikomu kierunku. W następną niedzielę parafia witała już nowego księdza.


Sprawdzcie sami 

milkowice.pl.tl/Historia-ko%26%23347%3Bcio%26%23322%3Ba-w-Mi%26%23322%3Bkowicach.htm