Miłkowice woj. wielkopolskie

Miłkowska Sfera Nieznanego


 

Opowieści prawdziwe, nawet gdy zasłyszane, to podane przez osoby wiarygodne.

 

 Strażnik z zaświatów w księżowskim ogrodzie

Ciepłe, wrześniowe popołudnie 1948 roku obłapiałało rozleniwionymi rękoma krzaki bzu obrastającego księżowski ogród, nieśmiało dotykało liści wybujałych, przykościelnych jesionów, czule dotykało główek kwitnących kwiatów na klombie przed plebanią, igrało wesoło z żółtymi kulami dyń wylegujących się w jego cieple na grządkach ogrodu. Wszystkie dzieciaki zamieszkujące w domach położonych obok kościoła wróciły już ze szkoły, zjadły obiad i zaczęły schodzić się na plac przed kościołem. Obsiadły parkan jak stado kawek niezdecydowanych w którą stronę odfrunąć  i zastanawiały się, w co dzisiaj można się pobawić, zanim matki nie odwołają ich do domu. Ksiądz Gawrysiak właśnie opuścił parafię, cały teren przykościelny stracił strażnika.
                Ksiądz Gawrysiak lubił dzieci, dawał nam orzechy, czereśnie, przymykał oczy na buszowanie w krzakach leszczyny obrastających parkan kościelny od strony ogrodu, nawet nie zgłaszał sprzeciwu, gdy bawiliśmy się na placu przed parkanem kościelnym obsadzonym jesionami. Zdarzyło nam się niekiedy naruszyć teren cmentarza obok kościoła, gdyż tam najlepiej można się było schować w czasie gry w murlankę (czyli w chowanego – przyp.aut.). W ten feralny dzień,  kiedy nie było już księdza, ktoś przestąpił granice księżowskiego ogrodu, co nie było wcale trudne. Można było się tam przecisnąć między krzakami bzu. Najpierw starsi chłopacy znikali nam z oczu, później co odważniejsi młodsi, a na końcu, dziewczynki przekroczyły niedozwolone granice zachęcone krzykami i głośnymi uderzeniami kijów w coś, co wydawało głośnie plaśnięcia. Schowani za gęstwiną bzowych liści byliśmy niewidoczni dla rodziców, a to wyhamowywało stosowanie norm przyjętych tutaj od zawsze – nie kradnij, nie wchodź na czyjąś posesję, zachowuj się przyzwoicie.
                Zabawa trwała w najlepsze. Dynie, główny obiekt natarcia, leżały rozłupane pokazując zawartość wnętrza, pękały pod naporem kijów, rozpryskiwały się po grządkach. Towarzyszyły temu dzikie krzyki, gonitwa, słowa niedozwolone sypały się obficie na pomarańczowego wroga. Dzikie harce i biegi dopełniały dzieła zniszczenia. Bezbronny ogród stawał się powoli pobojowiskiem. W pewnym momencie wszyscy przycichli, zatrzymali się w bezruchu i wpatrzeni w postać przesuwającą się po alejce wiodącej z plebani do kościoła, wstrzymali oddech… 
Alejką obsadzoną niskim ligustrem zmierzała szybkim krokiem przeźroczysta, biała postać. Staliśmy oszołomieni tak długo, aż nie zniknęła za furtką prowadzącą do kościoła. Maluchy zaczęły z przerażenia pochlipywać, ale starsi chłopacy ocknęli się szybko i wdrapując się na mur parkanu przeskoczyli go i pogonili za zjawą. Ta, nie zmieniając szybkości kroków, obeszła kościół i zniknęła w okienku prowadzącym do krypty fundatorów świątyni. Opowiedzieli nam o tym, gdy zziajani i nieco przestraszeni wrócili na placyk zabaw. Nikt już nie miał odwagi powrócić do ogrodu. Strażnik z zaświatów upomniał się o poszanowanie miejsca należącego do kościoła, nakazał ciszę i spokój, zganił chuligańskie wybryki młodych ludzi.
O tym co powiedzieli rodzice, raczej zamilczę.
 

 Tajemnicze pojazdy

Działo się to ponad dwadzieścia kilka lat temu. Zawsze chciałam wyprawić się do Siedlątkowa. Wycieczka jakoś przez lata mi uciekała, gdyż, a to zdrowie było nie takie, a to dzieci małe, a miała być to wycieczka rowerowa, tak postanowiłam.
O Siedlątkowie wiele się nasłuchałam, byłam tam kiedyś w dzieciństwie i niewiele pamiętałam. Dawniej chodziły do tego miejsca pielgrzymki rolników, także kobiet, które dotknęła bezpłodność. W kościele św. Marka Ewangelisty wzniesionym po 1683 r. z kamienia polnego i cegły, na miejscu wcześniejszego drewnianego, znajduje się obraz późnorenesansowy z ok. połowy XVII wieku, z malowanymi scenami z życia św. Izydora - patrona rolników. 

W ołtarzu głównym jest kopia obrazu czczonej tutaj Matki Boskiej Siędlątkowskiej wykonana w 1958 roku, gdyż oryginalny obraz renesansowy spalił się w 1957 r., i to właśnie do tego obrazu ciągnęły tłumy. Z kościoła przechodzono, a właściwie przeczołgiwano się na kolanach do cmentarza, który to cmentarz zrobił na mnie swoją tajemniczością takie wrażenie, że szybciutko z niego uciekłam – z rzadka położone groby, jakieś pofałdowania, tajemnicza kapliczka neogotycka z 1876 r., a w niej obraz Matki Boskiej i Boga Ojca z 1640 r. , drzewa wysokie szumiące posępnie, to dla mnie było zbyt wiele wrażeń.
Siedlątków to stara zabytkowa miejscowość, występuje w źródłach pisanych od 1372 r., kiedy to jej właścicielem był Thliborianus. W Siedlątkowie zidentyfikowano (prace badawcze w 1965-1966 r.) obronną siedzibę rycerską z XIV wieku, w której odkryto m.in. unikatowe hełm i zbroję (tzw. kirys, wykonany przez krakowskiego płatnerza). Gródek ten został zalany przez wody zalewu.
Na początku XV wieku wieś należała do rodu Radliców z Pęczniewa. W okresie powstania styczniowego do Jana Jabłkowskiego. W podziemiach kościoła pochowano ciało powstańca z 1863 r.
- Adama Bolesława Jabłkowskiego h.Wczele, ur. w 1837 r. w Siedlątkowie, który zginął 9 lutego 1863 r. koło Rudnik w walce z kozakami. W kruchcie wmurowano tablicę poświęconą jego pamięci. "Adam Bolesław Jabłkowski, lat 26, transportował wraz z kilkoma towarzyszami żywność. 9 II 1863 r. sam się zastrzelił napadnięty przez kozaków po uporczywej obronie. Ciało jego kozacy porzucili przy drodze do Rudnik." Tyle mówią źródła.
Pojechałam więc z towarzyszącą mi osobą do tego zabytkowego miejsca zalanego częściowo przez wody zalewu Jeziorsko. 

Dzień był słoneczny, droga dobra, zatrzymałyśmy się najpierw na tamie, gdyż ta jest atrakcją samą w sobie, następnie skręcając w prawo w drogę bardzo lokalną, dotarłyśmy do wsi, a właściwie najpierw do kościoła, zresztą zamkniętego na cztery spusty.

 Starałyśmy się rozpoznać w części opuszczonych domostw okalających kościół plebanię,(teraz bardzo się tam zmieniło), też bez powodzenia, gdyż nie było kogo zapytać, który to budynek. Może był gdzieś dalej, już nie pamiętam. Zostawiłyśmy rowery pod koroną wału zaporowego i falochronu , nierozważnie zupełnie, w pełnym słońcu, i po schodach wdarłyśmy się na sam szczyt wału. 

 
Dochodził stamtąd szum fal bijących w wielometrową ścianę umocnienia, które chroni miejscowość , a szczególnie zabytkowy kościół, przed zalaniem. Widok, który rozciągał się przed nami robił wrażenie - niczym prawie nie ograniczona przestrzeń wody, gdzie w oddali majaczyły zarysy kościoła w Miłkowicach, pod nami topiel z szalejącymi bałwanami.
 
 
Pospacerowałyśmy po wale w jedną i drugą stronę przyciągając znudzonego wczasowicza, który bawił w Siedlątkowie. Nie udzielił nam zbyt wielu informacji, jednak był w tym tajemnym miejscu i dodał nam odwagi. Zeszłyśmy na dół i starałyśmy się dotrzeć do wsi i cmentarza, a było to wielce utrudnione, gdyż jeden z rowerów na słoneczku uległ uszkodzeniu. Klejona widocznie wcześniej dętka straciła powietrze i mimo pomocy mieszkańców nie udało jej się przywrócić do stanu używalności. Zmagając się z przeciwnościami losu dobrnęłyśmy do opisanego już cmentarza i później udałyśmy się do domu, gdyż zbliżał się wieczór.
  Pokonując etapami odcinki drogi, jedna osoba jechała, a druga dochodziła z uszkodzonym rowerem, a było to około 7 km może więcej, gdyż okrężna to droga, wymuszona przez układ zbiornika. W końcu postanowiłyśmy trochę odpocząć stojąc na poboczu i wtedy wydarzyło się właśnie coś, czego nikt mi nie potrafi wyjaśnić, mimo, że pytałam już nawet ekspertów z dziedziny lotnictwa. 
 

Najpierw w prześwicie pomiędzy drzewami zobaczyłyśmy dwa srebrzyste pojazdy sunące statecznie w powietrzu w niewielkiej odległości od tafli wody zbiornika. Były niewielkie, może z półtora metra długości, niezbyt szerokie, o kształcie cygara. Pomyślałam, ktoś się zabawia na zbiorniku windując jakieś duże i nietypowe balony. Ukazały się później dalej, już na otwartej przestrzeni, i za chwilę znalazły się nad naszymi głowami. Zatoczyły półkole utrzymując zawsze taką samą wysokość i linię lotu. Sunęły cichutko nie wydając żadnego dźwięku i zniknęły nam w końcu z oczu za kępami pobliskich drzew. Co to były za pojazdy? Może balony meteorologiczne? Te jednak mają kształt balonów, a obserwowane przez nas były w kształcie cygar. Dobrze, że nie huknęły rozrywając się nam nad głową, to byłaby dopiero atrakcja. Nie były to samoloty, sterowce, szybowce, lotnie... Może ktoś pomoże mi rozwikłać zagadkę, która na długo zaprzątnęła moją wyobraźnią. Jakie to mogły być pojazdy i do czego służyły?!


Do domu dotarłyśmy późnym wieczorem, przechodząc przez kościelny cmentarz, aby sobie skrócić drogę, co u mnie po opisanej wyżej przygodzie z dzieciństwa ze strażnikiem mienia kościelnego, zawsze budziło lekki dreszcz emocji.


Przed burzą

      W gorący lipcowy dzień, stojąc na Krzyżówkach obok kuźni, można było zobaczyć w czystym, krystalicznym powietrzu panoramę okolicy. Rysowały się w oddali domostwa położonego o cztery kilometry Jeziorska, miejscowości z bogatą przeszłością historyczną uwiecznioną tam jeszcze na nagrobkach cmentarnych, na wschodzie widoczna była niebieska wstęga rzeki Warty i kryjące się na jej brzegach widoczne stąd zabudowania Brodni, gdzie w latach 1818 – 1828 pracował jako nauczyciel Kazimierz Deczyński autor pamiętników "Opis życia wieśniaka polskiego" będącego później kanwą powieści „Kordian i cham” Leona Kruczkowskiego. Na zachodzie rozciągał się widok na rozległą szachownice pól zamkniętą ciemną ścianą boru, który był takim już tylko z nazwy zachowanej wśród mieszkańców, gdyż w czasie okupacji przetrzebiono jego drzewostan wykorzystując drewno na budowę pancergrabu, mającego służyć Niemcom do obrony i zatrzymania rosyjskiego frontu.
   Przed kuźnia stała grupka mężczyzn pogadując o miejscowych sprawach, patrząc na pogodne niebo z nadzieją, że pogoda się utrzyma, jako że był to czas żniw. Zboże stało na polach zestawione w kupki (lokalna nazwa snopów zestawionych na polu) i lada moment trzeba było je zwozić do stodół. Niepokój zaczęły budzić małe, szarawe chmury wymykające się zza ściany drzew. Zbliżały się szybko, jak straż przednia wielkiej czarnej Pani Nieba, która zwolna wstępowała na firmament szykując się do walki z ciszą i spokojem gorącego, lipcowego dnia. Już w dali rozlegało się złowrogie dudnienie jej przybocznych wojsk, zaczęły przecinać niebo błyskawice strojąc swoją władczynię srebrzystym blaskiem, a ona pewna swojej siły i mocy zmierzała w kierunku Miłkowic. Płożył się u jej nóg służalczy wiatr targając gałęzie drzew, wzniecając tumany kurzu, wymiatając zeschłe liście i źdźbła słomy na pobocze drogi.


   W pewnym momencie w oddali, pod samym lasem, zamajaczył jakiś wir szczególnie wyrazisty i wszystkie oczy zwróciły się właśnie w tamtą stronę. Na drodze, pod samym borem, pojawił się niespodziewanie jakiś pojazd, mknący z wielką szybkością w stronę wsi. Można już było odróżnić czwórkę koni zaprzęgniętych do karety i woźnicę na koźle wymachującego batem. Całe to zjawisko, tak szybko się zbliżające, wzbudziło nieme zdziwienie w oczach widzów, gdyż nikt tutaj nie jeździł karetami i to jeszcze w tak oszałamiającym tempie. Dawało się już odczuć oddech rozpędzonych koni, czuło się bliskość pojazdu, aż nagle huknęło! - niebo z łoskotem rozpruł zygzak błyskawicy wsparty łomotem pioruna. Raptem wszystko zniknęło i tylko wiatr, który wziął znowu w posiadanie drogę, wprowadzał swoje porządki. Burza przybierała na sile, ciężkie krople deszczu szczodrze skrapiały rozpalone podnieceniem twarze widzów, dudniły gromy, niebo cięły błyskawice. Zamknął więc kowal kuźnię i wszyscy przenieśli się w pośpiechu do pobliskiego domostwa, gdzie oddano się dociekaniom.
  Fatamorgana - mówił jeden. Miraż przed burzą wywołany zderzeniem warstw powietrza o różnych temperaturach - dowodził naukowo drugi. Przekroczenie granicy pomiędzy światami równoległymi - udowadniał inny nastawiony do świata bardziej mistycznie. Zbiorowa hipnoza wywołana wyładowaniami atmosferycznymi! - starał się przeforsować swój punkt widzenia jeszcze inny. Trudno osądzić czym było w istocie to spektakularne zjawisko, które przyszło im oglądać. Później wracano w rozmowach do tego wydarzenia jeszcze wiele razy, jednak nigdy się już ono nie powtórzyło.

Wędrujący płomień świecy

 

Image and video hosting by TinyPic 
Noc wzięła już całe domostwo w posiadanie. Dzieci zasnęły z wieczora wtulone w ciepłą pościel. Przez uchylone drzwi dochodziły z izby obok ich ciche posapywania. Na kozetce stojącej w kuchni przysnął mąż, tylko Teofila nie spała, siedziała na krześle obok paleniska i cicho odmawiała różaniec. Wolno przesuwała w palcach paciorki i szepcąc zdrowaśki wpatrywała się w tlące się pod blatem kuchennym szczapy drewna. Co jakiś czas ogień strzelał w górę wyrywając ją z modlitewnego zamyślenia. Poprawiała wtedy haczykiem polano i znowu wracała do modlitwy, która przerywana była myślami o zmarłej ciotce męża. Jutro miał być pogrzeb, ale im niesporo było się tam wybrać. Daleko było, to prawda, jednak bardziej niż odległość hamowała ich chęć do wyjazdu ostatnio zaistniała sytuacja. Wawrzyniec wyraźnie zapowiedział, że na pogrzeb nie pojedzie.
Ciotka Frania, siostra zmarłej matki męża, ostro oceniła jego postępowanie w stosunku do jego siostry, której miał dać posag, gdy wyjdzie za mąż, jako że to on osiadł na gospodarstwie rodziców, ale czas upływał, a jemu niesporo było wywiązać się z nałożonego na niego przez zmarłych rodziców obowiązku. Nie to, że nie chciał, ale ciągle coś się nie składało i były ważniejsze wydatki. Sam dobrze się z tym nie czuł, zamyślał nad posagiem dla Michasi i obiecywał sobie, że już w tym roku musi ją spłacić, musi, ale zawsze akurat na to nie starczało. Jakoś tak latem niespodziewanie zjechała do nich ciotka Frania. Zasiadła za stołem w gościnnej izbie i nie przebierając w słowach powiedziała co o nim myśli. Jej podniesiony głos słychać było na podwórku, u sąsiadów, którzy czujnie nastawiali ucha siedząc w przydomowym ogródku, nawet na drodze. Wawrzyniec po tej ciotczynej przyganie uniósł się honorem, zaciągnął pożyczkę, oddał Michasi co do grosza co jej się należało, ale do ciotki uprzedził się bardzo i miał do niej żal, że tak go potraktowała i teraz, kiedy miał oddać jej ostatnią przysługę, nie było mu pilno. Raty wisiały nad gospodarką więc dwoił się i troił aby się ze wszystkiego wywiązać. Nie to nawet było najtrudniejsze, tylko to, że potraktowała go jak nieodpowiedzialnego pętaka. Myślał sobie niekiedy, że ciotka miała rację, ale to Michasia lub jej mąż powinni się upominać, a nie ciotka. Stało się jednak jak się stało, a żal w sercu pozostał. Dumała Teosia teraz nad tym jak męża przekonać, aby jednak na pogrzeb jechać, gdyż to przecież bliska rodzina. Ona sama ciotkę lubiła i w głębi duszy przyznawała jej rację, jednak zdanie męża było dla niej najważniejsze.
Ciepło kuchennego pieca trochę ją chyba uśpiło i zdrzemnęła się na krześle. Podniosła jednak raptownie głowę, gdy od progu kuchni powiało zimnem, tak jakby ktoś otworzył drzwi od sionki. Płomień stojącej na stole świecy zakołysał się, prawie pochylił do poziomu. Teofila patrzyła zdumiona jak świeca unosi się nad stołem. Wyglądało to tak, jakby ktoś wziął ją do ręki i zaczął obchodzić wokół kuchnię. Wszystko zastygło w bezruchu tylko płonąca świeczka wędrowała po kuchni , nie omijając Wawrzyńca, który obudził się i wpatrywał się w to dziwne zjawisko. Po chwili świeczka wróciła na swoje miejsce i znowu  płonęła spokojnie na stole.
Zaległa cisza, a po chwili Wawrzyniec powiedział wzruszonym głosem:
- Ciocia Frania przyszła nas zaprosić na pogrzeb.
Małżonkowie spoglądali na siebie, kiwając głowami, a później wspólnie odmówili cząstkę różańca za duszę zmarłej. W końcu Tosia zakryła fajerkami palenisko i zgasiła świecę. Przeszli do izby obok, która służyła za sypialnię. Sen jakoś nieskoro przychodził, przewracali się na łóżkach myśląc o ciotce i jej obecności w ich domu, w końcu przytuleni do siebie zasnęli. Nazajutrz Wawrzyniec bez przynaglania wyszykował bryczkę i cała rodzina pojechała na pogrzeb cioci Frani.


We dworze straszy

 
(zdjęcie z internetu)
  Malowniczy widok ukazał się oczom przybysza, który właśnie zawitał do Miłkowic. Odprawił już woźnicę i stojąc obok kościoła sięgał wzrokiem daleko ku Warcie, gdzie po drugiej stronie rzeki majaczyły zabudowania nieznanych mu wsi. Uparcie jednak kierował wzrok ku pięknym sadom położonym nad rzeką. Schodziły kaskadami aż do brzegów. W gąszczu drzew bielał dwór przysłonięty szpalerem grabów z jednej strony, a kasztanową aleją z drugiej. Do dworu prowadziły dwie drogi, jedna wiodąca obok kościoła, przecinając na skos pola, druga wiła się wśród domostw wsi Zaspy. Przybysz, który zaszedł już przedtem do kościoła aby się pomodlić i podziwiać piękną polichromię wnętrza świątyni, stał teraz wpatrując się rozciągający się przed nim w piękny pejzaż. Nacieszył widocznie już oczy pięknem okolicy, gdyż przeżegnał się i ruszył drogą wprost do dworu. Chciał ten odcinek drogi przebyć pieszo aby poczuć energię tego miejsca.
  Niedawno dostał list od kuzynki, która zapraszała go do Miłkowic. Szeroko opisywała wydarzenia we dworze. Działo się tam coś złego, co utrudniało życie mieszkańcom, z czym nie umieli sobie poradzić. Nie sposób było odmówić. Wszyscy wiedzieli, że bliski jest mu świat duchów. Idąc środkiem ubitego traktu okolonego rowami zarośniętymi tarniną wyczuwał, że zbliża się do miejsca, gdzie silna energia wzięła wszystko we władanie. Zobaczył już u wlotu alei białe ściany dworu, bramę otwartą na oścież i usłyszał naszczekujące w oddali psy. Z naprzeciwka zbliżał się ku niemu młody mężczyzna z fuzją przerzuconą przez ramię i dwoma wyżłami. Zatrzymał się, przywołał czworonogi i wylewnie powitał wujka. Było jasne, że już wszyscy wiedzą o jego przybyciu. Po krótkiej rozmowie przyszły pogromca duchów poszedł w stronę dworu wdychając zapach róż, którymi była obsadzona aleja, rozglądając się i przywołując na pomoc anioły opiekuńcze. Wiedział już, że czeka go niełatwe zadanie.
  Po powitaniach najpierw obszedł domostwo i szybko zorientował się, że nawiedzony jest pokój na piętrze. W rozmowie z mieszkańcami usłyszał o tym, że słychać tam w nocy kroki, mimo, że nikogo tam nie ma. O północy zaczynał się hałas, który trwał ponad godzinę. Najpierw rozlegał się potężny huk, jakby coś ciężkiego spadło na ziemię, później słychać było odgłos przewracanych przedmiotów, tupot wielu nóg, krzyki. Po godzinie wszystko cichło i do rana był spokój. Należało się temu przyjrzeć. Postanowił zajrzeć do pokoju w momencie, gdy trwał na górze łomot. Poczekał do północy i wszedł na górę.  Kiedy próbował otworzyć drzwi, coś go dosłownie zniosło na dół. Próbował różnych znanych mu rytuałów porozumienia się z zaświatami, jednak siła tam panująca nie dawała się ujarzmić. W końcu dał za wygraną, moc  tam umiejscowiona była silniejsza niż jego energia.
  Dwór miał bogatą przeszłość, tyle lat trwania wywarło piętno na jego murach. Zdarzały się tutaj samobójstwa, potyczki i morderstwa. Duch jakiegoś uczestnika wydarzeń zawisł pomiędzy światami i nie umiał odejść. Nie chciał przyjąć pomocy i nie pozostawało nic innego niż usunąć pomieszczenie, w których rezydował. Takiej też rady udzielił właścicielom, którzy już serdecznie mieli dosyć gościa z zaświatów. Rozebrano więc piętro dworu, dokładnie usunięto podłogi i położono nowy strop. Z nowo ściętych w lesie drzew zbudowano dach, pokryto blachą i pomalowano. Dwór skurczył się w sobie, zmalał, jednak warto było dokonać zmian. Wraz z usuniętymi ścianami wyniósł się hałasujący mieszkaniec zaświatów.



 
Białe kotki trzy


Piękny lipcowy wieczór tonął w woni maciejki z przydomowego ogródka. Cień nocy okrywał drogę, pobliski płot, obficie obsadzony morwą, która tworzyła za siatką ścianę zieleni przez którą ludzkie oko nie było w stanie się przebić. Oddalona latarnia rzucała mdłe światło na kościół, jesiony i niekiedy głaskała swoim światłem twarze kobiet siedzących na ławeczce. Zajęte były rozmową na temat niedawno zmarłej znajomej. Nie padało w powodzi zarzutów pod jej adresem nawet jedno dobre słowo. Jakże samotna musiała się czuć za życia zmarła, gdy nawet teraz, kiedy już przeszła na drugą stronę cienia, nikt nie przywoływał o niej dobrych wspomnień mogących otworzyć dla jej duszy wrota niebieskie.
W pewnym momencie siatka ogrodzenia stała się bardziej widoczna, morwa odzyskała blask, dało się nawet odróżnić liście, ale tylko w dolnej partii ogrodzenia, gdyż górna pozostawała nadal w cieniu. Rozgadane kobiety zamilkły i zaczęły się przypatrywać dziwnemu i nieoczekiwanemu oświetleniu chodnika . Ze zdziwieniem spostrzegły, że od strony kościoła wzdłuż płotu, w całkowitej ciszy, wolniutko, przesuwał się mały, biały kotek. Szedł bezszelestnie tak jak to potrafią robić koty, tylko jego sylwetka opalizowała świetlistym blaskiem, jakby nawoływał:
- Spójrzcie drogie sąsiadki, jestem taki maleńki, bezbronny, biały, bielusieńki… Czy można nie kochać takiego maleństwa?!
Doszedł do bramy plebanii i zniknął, a drogę znowu spowiła mroczna ciemność. Po chwilowym  milczeniu kobiety przemówiły znowu. Tonacja oskarżeń nie uległa jednak zmianie, a wtedy z ciemności drogi, w miejscu gdzie zniknął biały kotek, wynurzył się czarny, ogromny pies zadzierżyście krocząc środkiem drogi. Wpatrzone w niego oczy kobiet stawały się okrągłe, malował się już w nich strach i niedowierzanie. Nie czekając na dalszą aktywność czarnej bestii, szybciutko pożegnały się i każda pośpieszyła w swoją stronę. Droga gwałtownie opustoszała, rozwiał się w ciemnościach pies, ławka wsparta na czterech nogach przygotowywała się do drzemki, a kobiety? Chyba zrozumiały przesłanie, zamówiły mszę za duszę zmarłej i gorliwie się za nią pomodliły w najbliższą niedzielę.
Co my tak naprawdę wiemy o drugim człowieku, wydaje się, że jest zgryźliwy, nie do wytrzymania, ale może toczy go robak rozpaczy, niezrozumienia, nieszczęścia, którego nie chce ujawnić i broni się tak, jak potrafi.



Jesienny dzień zapadał już w sen. Mżył drobny deszczyk i grupa oczekujących przed kościołem młodych mężczyzn nastawiła kołnierze, aby się przed nim osłonić. Ziąb dawał się we znaki. Przestępowali z nogi na nogę, a ten i ów przebąkiwał, że czas do domu. Czekali już chyba ze dwie godziny. Miano przywieźć zmarłą z rodu Bogdańskich, która miała być pochowana w krypcie kościelnej. Stali w zwartym kółku pogadując o swoich sprawach, ale że czekanie się przedłużało, co chwilę ktoś wychodził z grupy, stawał na drodze, wpatrywał się w ciemność i ze zniecierpliwieniem stwierdzał, że nic nie widać. Już mieli się rozchodzić, gdy w środku koła pojawił się mały, biały kotek. Najpierw biegał niezdecydowany, jakby chciał się wymknąć poza krąg, ale nie mogąc znaleźć przejścia, usiadł na środku i czekał. Jeden z mężczyzn zdjął czapkę z głowy i rzucił w jego stronę przykrywając go zupełnie. Chwilkę trwało, zanim właściciel czapki pochylił się, aby odkryć zwierzątko i wtedy okazało się, że kotka tam nie ma. Zdumienie oczekujących nie miało granic. Nie mógł się wymknąć, gdyż patrzyło na niego wiele par oczu, nie mógł też zapaść się pod ziemię. Stali lekko oszołomieni, ale wtedy dał się słyszeć z drogi turkot pojazdu i za chwilę przed kościołem pojawiła się trumna ze zwłokami zmarłej. Powitali ją z szacunkiem zdejmując czapki z głów, gdyż już zjawił się ksiądz i orszak wszedł do kościoła. Trumnę na ramionach wnieśli oczekujący mieszkańcy Miłkowic, którzy dotrwali do końca dzięki kotkowi.



Opisane wydarzenie nie miało miejsca w Miłkowicach, ale uczestniczyła w nim mieszkanka Miłkowic, a z pozostałymi wydarzeniami łączy je biały kotek.

Jadąc z Turku do Konina mija się po lewej stronie drogę, która wiedzie do starego zamku w Wyszynie.
Do obecnych czasów zachowała się w całości jedna z baszt połączona murem z ruinami drugiej baszty frontowej oraz piękny kościół drewniany pobudowany na planie szesnastoboku. Świątynię nakrywa blaszany dach w kształcie dwóch ułożonych jeden na drugim dzwonów.
Tyle w skrócie Wikipedia.
Bogata historia zamku zachęciła przyjezdnych do odwiedzenia Wyszyny. Zmrok kładł się już na jesiennych polach, ziemia pachniała odkrytymi skibami, słońce chowało się za horyzont, ale postanowili, że tylko zerkną na pozostałości zamku i wrócą do głównej drogi. Pozostawili samochód obok baszty i poszli obejrzeć kościół, gdyż jego sylweta prześwitywała przez ogołocone już o tej porze roku drzewa. Obeszli wokół budowlę, zamkniętą oczywiście na cztery spusty, ale nie było sensu niepokoić o tak później porze księdza, i wrócili z powrotem na teren przy zamku. Noc już zapadła, szybko i niespodziewanie, tak jak to jesienią bywa, gdy słońce już zgaśnie. Obeszli jeszcze zabudowania, które zalegały na fundamentach zamkowych, zamieszkałe już przez nowych mieszkańców i skierowali się ku baszcie. Wtedy jedna z uczestniczek wyprawy opowiedziała historię ostatniej córki z rodu Grodzieckich, pierwotnych właścicieli zamku, którą spotkała tragedia.

"Zakochana w ubogim młodzieńcu uwięzionym zdradziecko przez rywala, zgodziła się oddać rękę i majątek nienawistnemu człowiekowi w zamian za życie i wolność ukochanego. Zazdrosny mąż zabił jednak młodzieńca, a ze skóry nieszczęśliwego kazał sporządzić fotel, w którym umieścił młodą żonę twierdząc, że oddaje ją w ramiona kochanka. Nie wytrzymało tego serce młodej pani, która z rozpaczy rzuciła się z baszty wprost do stawu okalającego zamek."
Zrobiło to 
na słuchaczach duże wrażenie.  Przechodząc przez mostek na dawnej fosie obronnej zauważyli ze zdziwieniem, że w jednym z okien baszty pojawił się biały, mały kotek. Ciemno było choć oko wykol, a kotek w oknie był widoczny jak na dłoni. Nikt się tym specjalnie nie przejął, w końcu to było mieszkanie kotka i mógł u siebie pokazywać się w dowolnym miejscu. Za chwilę kotek ukazał się już na wyższej kondygnacji, i tak sobie wędrował w górę i w dół świecąc bielą futerka. Może to był duch nieszczęśliwej kobiety,  nie mogący  opuścić tego miejsca. Miłość opłacona taką ofiarą widocznie  trwa  wiecznie… 
Wszyscy wsiedli już do samochodu będąc pod wrażeniem okrucieństwa zazdrośnika, ale pojawił się problem – w którą stronę jechać? Nikt nie miał pojęcia. Pojechali więc przed siebie, byle oddalić się od złowieszczego miejsca. Szybko okazało się, że droga prowadzi do jakiegoś gospodarstwa. Zawrócili błądząc tu i tam, aż w końcu znaleźli się na bitym trakcie. Odetchnęli z ulgą. Dojechali do głównej drogi i wszystko stanęło znowu pod znakiem zapytania, gdyż nie było wiadomo w którą stronę jechać do domu. Szczególnie jeden z uczestników wyprawy zamkowej denerwował się, gdyż nigdy nie zdarzyło mu się zgubić orientacji w terenie, a teraz nie wiedział gdzie się znajduje. Udano się więc przed siebie licząc na to, że przecież przy głównej drodze są drogowskazy. Tak też się stało, to one dopiero wytyczyły kierunek jazdy.
Po jakimś czasie, już w dzień, odwiedzono Wyszynę. Nikt nie mógł uwierzyć, że tam można było się zgubić. Zwiedzono wtedy dokładnie kościół, ksiądz przedstawił swoje stadko gęsi, które dożywało ostatnich dni, gdyż nikt nie miał zamiaru uśmiercać gęgających mieszkańców probostwa. Wyszyna warta jest odwiedzenia, jednak lepiej robić to w dzień, bezpieczniej.
 

Uwięzione miłością
Wiosna przybrała w tym nieszczęsnym roku płaszcz smutku i żałoby. Dzieci chorowały na szkarlatynę, która krzyżem żałoby znaczyła domy. Najpierw maleństwa narzekały na bóle głowy, później dostawały wysokiej gorączki, a ciała ich pokrywały się drobnoplamistą wysypką, buzia czerwieniała, usta bladły, łuszczyła się skóra. Matki siedziały przy łóżkach, zaniepokojone i zmartwione, gdyż jak już choroba wkroczyła do domu, to chorowały wszystkie dzieci, zarażając się jedno od drugiego. Posyłano po babkę, a ta wchodząc w progi domu już wiedziała, co się święci. Kazała przynieść butelkę z naftą i dawała po kilka kropli każdemu. Zalecała matce podawać ją tak długo, aż choroba ustąpi. Niejedno wymknęło się śmierci ratowane w ten sposób.
W końcu choróbsko zawitało i w progi domostwa Zuzanny, mimo, że dzieciaki trzymała w domu i nie pozwoliła wychodzić nawet na dwór. Chorowała cała trójka. Najpierw najstarsza córka, za kilka dni syn, a na końcu zachorowało najmłodsze. Jako że wiodło im się nieźle, mogli pozwolić sobie na przywiezienie doktora. Medyk przyjechał, przepisał jakąś miksturę, ale choroba nie ustępowała, nasilała się i z dnia na dzień było coraz gorzej. Zrozpaczona matka szukała w końcu rady u babki, która przyszła, a jakże, ale doradziła to co  wszystkim, tylko nafta pomoże. Mocowała się Zuzanna z sobą, gdyż uważała takie lekarstwo za truciznę i koniec końcem nie podała jej dzieciom, bojąc się, że może je otruć. Modliła się o łaskę życia dla swego potomstwa, płakała, całe noce nie spała czuwając przy łóżkach, ale Bóg miał inne plany wobec nich. Umierały kolejno na jej rękach, najpierw najstarsze, później średnie, ocalało tylko najmłodsze. Samo jakoś zwalczyło chorobę, a może załamany śmiercią dwojga dzieci pomógł mu ojciec, ratując je potajemnie sposobem zaleconym przez babkę?! Jakoś przeżyło.
Matka po śmierci dwojga dzieci odchodziła od zmysłów, nie miała siły zajmować się maleństwem, gdyż ciągle myślała o tych, które odeszły. Ocalałą cudem córeczkę chowała babcia i ojciec, matki jakby nie było w domu. Ciągle przesiadywała na cmentarzu. Kiedyś zasiedziała się tam aż do nocy i w końcu ze zmęczenia zasnęła. We śnie ujrzała swoje dzieci. Przyszły do niej z prośbą, aby wieczorem nie przychodziła tutaj, gdyż jest to wtedy ich miejsce i żywi nie mają tam nic do szukania. Zbudziła się gwałtownie Zuzanna i ciągle miała wrażenie, że dzieci stoją obok niej. Nie chciała odchodzić, uszanowała jednak ich prośbę i wróciła do domu.
Myślami była ciągle z nimi, we dnie i w nocy, a jak już się do kogoś odzywała, to tylko mówiąc o swoich zmarłych dzieciach. Małą córeczkę, która już wyzdrowiała i szukała bliskości matki, odsuwała od siebie. Nie przytuliła, nie pocałowała, tak jakby nie cieszyła się z tego, że przecież maleństwo ozdrowiało, zostało i pragnęło miłości i starań matczynych. Odchodziło wtedy dziecko i chowało się w troskliwych ramionach babci albo ojca, ale to przecież nie to samo.
Nadeszła jesień. Zamazane deszczem szyby okien nie odstraszały zbolałego matczynego serca. Zarzucała na głowę chustkę pluszówkę i wędrowała drogą na skróty na cmentarz. Kładła na mogiłkach bukiety jesiennych kwiatów, które ocalały jeszcze w ogródku i o zmroku wracała do domu. Któregoś wieczoru, po powrocie z cmentarza, weszła do izby, usiadła na ławce nie zapalając lampy i rozmyślała o dzieciach. Nie starczało już jej łez, aby płakać. W pewnym momencie poczuła, że jest tam ktoś oprócz niej. Ławka zaczęła się poruszać i w końcu runęła na ziemię. Przestraszona pobiegła do kuchni, gdzie przebywała reszta rodziny, opowiadając o zdarzeniu. Babcia skwitowała wszystko krótko:
- Dzieci mają już dosyć twojej rozpaczy. Daj im lepiej spokój.
Nad ranem przyśnili jej się córka i syn.
- Mamo - powiedziała córka – nam jest dobrze, tak musiało być. Nie rób sobie wyrzutów, że nie leczyłaś nas sposobem babki. Nasz czas na ziemi został dopełniony, gdybyś nawet podała nam naftę, to i tak byśmy umarli.
Odezwał się także syn.
- Mamo, jak tak tęsknisz za nami, to przyjdź jutro o 12 w południe na cmentarz, zobaczysz nas. Prosimy cię tylko o jedno, pozwól nam już wtedy odejść. Twoje łzy i rozpacz trzymają nas tutaj, a my już powinniśmy iść tam, gdzie jest nasze miejsce.
Zuzanna obudziła się zlana łzami. Nigdy nie pomyślała, że swoją rozpaczą przeciągającą się tak długo, robi krzywdę zmarłym dzieciom. Opowiedziała sen mężowi, który był zdecydowany iść z żoną na cmentarz, byle przywrócić ją do świata żywych. W końcu jednak na cmentarz nie poszła, nie miała odwagi. Przestała jednak rozpaczać i zajęła się w końcu maleństwem, ale kochała je tak jakoś inaczej.
Którejś nocy przyśniły się jej zmarłe dzieci, odchodziły radosne i szczęśliwe drogą, której końca nie było widać, machając jej rączkami na pożegnanie.
Dziwnie jednak potoczyły się losy tej rodziny. Córka, gdy już dorosła, wyszła za mąż i zamieszkała z mężem w jego miejscowości, zostawiając rodziców pod opieką brata męża i jego rodziny. Ludzie nie mogli zrozumieć jej postępowania, przecież mogła zostać z rodzicami, ona i jej mąż. Dlaczego zostawiła rodziców pod opieką obcych w końcu ludzi?! Ojciec szybko zmarł, ale matka długie lata jeszcze żyła pielęgnowana w starości przez obcą kobietę. Czyżby córka spłacała w ten sposób swoje odrzucenie przez matkę w dzieciństwie?

 
Polowanie

(Fragment  książki "W cieniu jesionów")

Dziadek miał flintę. Wychodził na polowania o różnych porach dnia i nocy. W jakiś zimowy wieczór zasadził się na leśnej polanie. Biel śniegu, cisza dzwoniąca w uszach, księżyc ciężko wiszący na granatowym niebie, ściana lasu czerniejąca wokół i on sam pełen oczekiwania... Nagle na polanie pojawił się zając. Biegł środkiem nie wyczuwając niebezpieczeństwa, widocznie wiatr wiał od innej strony. Dziadek przymierzył się do strzału - huk, i pudło… Zając fiknął koziołka ze strachu i pobiegł dalej. Nagle obok dziadka, który był sam na polanie, rozległ się donośny głos:
- Chybiłeś!!!
Przerażenie dziadka osiągnęło apogeum. Z flintą w ręku rzucił się do ucieczki. Wpadł do domu i schronił się w łóżku, nakrywając głowę pierzyną… Nie mógł wydobyć z przerażenia głosu. Dopiero po długiej chwili podzielił się z domownikami swoją przygodą.





Cmentarna strefa mroku

Adela bardzo lubiła swoją kuzynkę Wandę. Mimo, że ta mieszkała dosyć daleko, gdyż aż na Młynach, odwiedzała ją dosyć często. Wanda ostatnio już mało wychodziła do ludzi, schorowana, wolała zacisze domowe. Adelka postanowiła ją odwiedzić, zanieść trochę ciasta drożdżowego z kruszonką, gdyż wiedziała, że sprawi jej tym przyjemność.
Było jesienne popołudnie. Słoneczko przygrzewało jeszcze mocno. Szybko minęła cmentarz i weszła na piaszczystą drogę wiodącą na Młyny. Szła ścieżką porośniętą mchami, zacienioną przez rozrosłe sosny, wdychając czyste, balsamiczne powietrze. Lasek się skończył, wyjrzały już wysokie jałowce zza rosnących z rzadka brzózek, prześwitywała z dala wstęga rzeki, ptaszki świergoliły w górze: „Jak tutaj pięknie” - pomyślała. Uśmiechnęła się radośnie. Przystanęła obok łąki po drugiej stronie drogi, narwała pęk żółtawych drobnych kwiatków. „Wandzia się ucieszy, przecież już nie może sama ich zbierać” – myślała. Już widać było pierwsze zabudowania wsi i za chwilę pukała do drzwi kuzynki. Uściskały się serdecznie, chwilę później zasiadły do stołu popijając herbatką miętową przyniesiony placek. Na opowiadaniu o zdrowiu i nowinach wiejskich czas mijał szybko i niespodziewanie nadszedł wieczór. Za oknem szarzało już, słoneczko zniknęło za lasem, a droga przed Adelą była przecież dosyć daleka, przez las, obok cmentarza i najgorsze, że samotnie.
- Prześpij się u mnie – zaproponowała Wandzia – co będziesz tłuc się po nocy. Wstaniesz raniutko i pójdziesz do domu.
- Nie, nie - oponowała Adela. - Powiedziałam w domu, że wrócę przed wieczorem, muszę iść.
- Jak tam chcesz, ale ja na twoim miejscu bym została do rana.
Adela była zdecydowana wyruszyć jak najszybciej i po pożegnaniu kuzynki wyszła w zapadający coraz szybciej mrok.
Wszystko stało się jakieś inne. Las czerniał nieprzychylnie, ścieżka, która po południu była tak łaskawa, wchodziła teraz coraz głębiej w ścianę drzew, gdzieś zahuczała sowa wzbudzając w Adelce nieprzyjemne uczucie strachu. Jałowce raptem wydały jej się podobne do jakichś postaci. Zatrzymała się na chwilkę i sama siebie upominała: „To tylko ciemność, nie ma się czego bać”.
Zdecydowała, że skróci sobie drogę przechodząc przez cmentarz. Po co ma obchodzić go wokół. W ogrodzeniu cmentarza mieszkańcy Młynów zrobili przejście, odginając siatkę akurat na wprost głównej alejki. Ta część cmentarza uchodziła za najstarszą. Wzdłuż alejki ciągnął się rząd starych grobowców. Pochowani byli tam właściciele Miłkowic, księża, osoby zasłużone . Adela biegła wzdłuż cmentarza, aż natrafiła na dziurę w ogrodzeniu. Siatka była jednak splątana, zahaczyła sukienką o wystające druty, ledwo się z nich wymotała. Stanęła po drugiej stronie ogrodzenia, w dali majaczył krzyż, wysokie drzewa, które stały nieporuszone i dostojne, ledwo widoczne w mroku. Pomyślała:
„Szybko przebiegnę alejkę, za chwilkę będzie brama, wyjdę na drogę i po kłopocie”.
Zdziwiło ją jednak, że przy jednym z grobowców zobaczyła palący się znicz. Tych grobów nikt już nie odwiedzał, mieszkańcy dworu dawno się już z Miłkowic wynieśli, krewni może sami dawno już nie żyli.
- No nigdy nie wiadomo, kto sobie o zmarłych przypomni – myślała, a ciało jej ogarnął jakiś dziwny dreszcz. Nie miała jednak odwrotu. Przedostać się przez ogrodzenie w ciemnościach nocy nie było łatwo i szybciej zdoła przebiec alejkę, niż się wrócić. Zresztą i tak musiała iść obok cmentarza, innej możliwości nie było. Ruszyła biegiem, jednak musiała zatrzymać się gwałtownie, gdyż w poprzek alejki przed jednym z grobowców leżał mężczyzna doskonale widoczny, mimo, że przecież była już ciemna noc. Z przerażenia nie mogła wydobyć głosu. Wpatrywała się w postać ubraną w czarny garnitur, biel koszuli była olśniewająca, a lakierki lśniły w jakiejś poświacie, która nie wiadomo skąd się brała. Zbielałymi z przerażenia ustami zaczęła odmawiać modlitwę za zmarłych, postać zniknęła tak gwałtownie, jak się pojawiła. Postąpiła kilka kroków na przód, światełko znicza szło cały czas przed nią, aż odprowadziło ją do bramy cmentarnej. Mocowała się chwilę z furtką, gdyż ta nie dawała się otworzyć, jednak po chwili ustąpiła. Wybiegła na drogę i pędem rzuciła się w stronę Miłkowic. Kątem oka widziała, że światełko przesuwa się obok ogrodzenia, ale już nie oglądała się za siebie. Biegła całą spocona, byle szybciej do domu, byłe uwolnić się od tajemnic cmentarnych.
Gdy z rozwianymi włosami , spocona i w podartej sukni wpadła do mieszkania, zdumieni mieszkańcy nie wiedzieli co się z nią dzieje, tym bardziej, że nie mogła wymówić słowa.
Odwiedzając później Wandę, planowała zawsze wyprawę na godziny przedpołudniowe i nigdy, ale to nigdy, nie zapuszczała się na stary cmentarz sama.


Ostrzeżenie z zaświatów



Są ludzie, którym życie kłania się w pas. Elżbiecie i Januaremu wiodło się doskonale. Byli zgodną rodziną. Dziećmi opiekowała się babcia, małżonkowie mieli dobrą pracę - January był leśnikiem, Elżbieta pielęgniarką. Domek pobudowany na działce podarowanej przez rodziców Eli stawał się coraz piękniejszy. Wkładali dużo serca w jego upiększanie i zagospodarowanie obejścia. Czarne chmury zaczęły zbierać się, gdy mama Elżbiety zaniemogła, a w kilka dni później nagły atak serca zakończył to piękne i pełne poświęcenia życie. O rezygnacji z pracy któregoś z małżonków nie mogło być nawet mowy, trzeba było się zdecydować na opiekunkę dla dzieci. Po sąsiedzku mieszkała Malwinka. Zdała właśnie maturę, ale na studia się nie dostała. O pracę było trudno, chętnie przyjęła więc propozycję opieki nad dziećmi. Przez pewien czas wszystko biegło normalnym torem, ale Malwinka coraz bardziej zalotnie spoglądała na leśniczego, który wpadał do domu aby upewnić się, czy dzieci otoczone są należytą troską. January przyjmował dowody zainteresowania swoją osobą najpierw z uśmiechem, jednak z biegiem czasu nie pozostał obojętny, zaczął się potajemnie spotykać z dziewczyną. Sumienie dręczyło go, gdyż kochał żonę i nie miał zamiaru się z nią rozstać. Dla niego był to mało znaczący romans, ale zaświaty miały na ten temat inne zdanie.
Zaczęło się od stukania w szybę okna sypialni, która znajdowała się na piętrze i nikt z zewnątrz nie miał tam dostępu. January obudził się, nieco zdziwiony wyjrzał przez okno, ale wszędzie ciemniała spokojem noc, nawet wietrzyk nie poruszył gałązką. Nikogo nie było.
Następnej nocy wyrwał go ze snu daleki stukot, który przybliżał się do okna i znowu usłyszał stukanie w szybę. Powtarzało się to kilka dni z rzędu. Powiedział żonie o tym dziwnym zjawisku. Okazało się, że ona też słyszała, jednak gdy on podchodził do okna i wracał do łóżka, nie wstawała aby nie przerywać sobie snu. Z nocy na noc było to coraz bardziej uciążliwe, w końcu January słysząc stukot, nie wstawał już aby sprawdzić co się dzieje, tylko przerażony tulił się w ramionach żony. Przecież nie był tchórzem i wędrówki o zmroku po lesie, czy samotne trwanie na ambonie w środku nocy, gdy przyczajał się na grubego zwierza, nie było dla niego niczym nadzwyczajnym. Domyślał się już, że odwiedziny kogoś z zaświatów dotyczą jego zdrady. Żona się chyba niczego nie domyślała, ale zresztą kto to wie, każda kobieta czuje zdradzę męża, nawet gdy o niej jeszcze nie wie.
Postanowił, że spotka się z Malwiną ostatni raz. Nie miał zamiaru już umawiać się z nią gdzieś daleko, tylko nocą w ogrodzie zakończyć ten romans. Żona oglądała film, a on wyszedł z domu pod pretekstem, że coś musi zrobić jeszcze w garażu, jednak nie poszedł tam, tylko zagłębił się w gąszcz przydomowych drzew. Malwina czekała już na niego. Jakoś nie mógł wypełnić swojego postanowienia, gdy poczuł bliskość kochanki i wtedy stała się dziwna rzecz – na jego ramiona spadł znienacka wielki, czarny kocur, który wpił się pazurami w jego szyję. Wystraszona dziewczyna uciekła, a on szamotał się z natrętnym zwierzakiem. Zdołał jakoś się wyswobodzić i zdenerwowany wrócił do domu. Powiedział o kocie żonie, ale tej nocy nie spali już zupełnie, gdyż o północy pukanie do okna rozległo się jeszcze donośniejsze niż poprzednio.
Żona w końcu dowiedziała się o wszystkim. January nie miał wyboru, spakował manatki i wyniósł się z domu, jednak nie pośpieszyła za nim Malwina. Ona miała inne plany. January trapiony wyrzutami sumienia skończył marnie, widocznie zbyt późno wziął sobie do serca ostrzeżenia z zaświatów. Dom po jego wyprowadzce uwolniony został od nocnych odwiedzin.


Szok
Zimowe wieczory bywały długie w czasach, gdy nie było telewizji. Ledwo słońce schowało się za horyzont, wszyscy zasiadali wokół pieca, który niósł ciepło. Zjedzona kolacja dawała poczucie sytości i nastrajała ludzi życzliwie do świata. Nie zapalano jeszcze lampy, izbę oświetlał tylko blask ognia. W ten feralny dzień nic nie zapowiadało tragedii.
Rozległo się pukanie do drzwi, słychać było szuranie na wycieraczce ciężkich butów i wesołe głosy nadchodzących sąsiadów. Gospodyni zapraszała wszystkich, szykowała siedziska, podsuwała poczęstunek. Gwar głosów zwolna ucichł. Wujek Stefan zaczął wspominać lata wojny. Brał w niej udział jako żołnierz piechoty. Najpierw wyliczał jak zwykle nazwiska kamratów, którzy zginęli, a później przechodził do bitew. Niespodziewanie oznajmił, że opowie o duchach. Zdziwienie malowało się na twarzach słuchaczy, gdyż co mają duchy do wojny?! Co prawda giną masowo ludzie, ale duchy chyba nie mają czasu wędrować za żywymi, zajęte swoimi sprawami, gdyż taka nagła śmierć nie zawsze jest uświadamiana przez osobę gwałtownie umierającą.
- Bitwa trwała wokół cmentarza, na który wycofali się Niemcy - zaczął cicho. Chronił ich mur cmentarny i nagrobki. Nie można było ich stamtąd ruszyć, gdyż ostrzeliwali się ostro. Mieliśmy przewagę liczebną, gdyż zdołaliśmy zaskoczyć nieduży oddział niemiecki, ale cmentarz i położenie hamowały nasze poczynania. Strzelaliśmy zacięcie, jednak oni nie dopuszczali nas ani na krok. Płaska przestrzeń dzieląca nas od cmentarza była niedogodna. Dowódca nie mógł zdecydować się na atak. Liczył na to, że Niemcy w końcu będą musieli się poddać. W pewnym momencie nad cmentarzem uniosła się biała postać. Widoczna była jak na dłoni. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że coś jest nie tak. Przypuściliśmy jednak kanonadę. Żywy człowiek podziurawiony byłby już jak sito, jednak postać ani drgnęła, stała cały czas na posterunku.
Syn gospodarzy zażartował sobie z przygód wojennych wujka, a ten trochę obrażony, że podważa się jego wiarygodność, wystawił odwagę młodzieńca na próbę.
- Jak jesteś takim bohaterem, to idź na cmentarz i przynieść gałązki białodrzewu – zaproponował. Nikt nie przypuszczał, że chłopak tak weźmie sobie to do serca. Uparł się, że pójdzie. Mimo próśb i błagań matki, włożył kurtkę i wyszedł z domu.
Szybkim krokiem zmierzał do celu. Droga wiodła obok pól czerniejących płatami ziemi, które nie zdołały ukryć się pod śniegiem. Trochę przerażały go przydrożne krzaki, ale zdecydowanym krokiem szedł przed siebie. Minął domy Kątów i doszedł do głównej bramy cmentarza. Odważnie zmierzał do grupy drzew aby zerwać gałęzie. 

Image and video hosting by TinyPic
Raptem na głównej alejce zamajaczyła jakaś postać. Stała nieruchomo, następnie uniosła ręce w górę i zaczęła go przywoływać spowolnionymi ruchami dłoni. Strach powoli wpełzał do wszystkich zakamarków jego duszy. Zaczął drżeć, zęby szczękały mu z przerażenia, jednak postanowił sprawdzić co się dzieje. Powłócząc nogami zdołał zrobić kilka kroków w stronę postaci, ale wtedy z obu stron cmentarza wyłoniło się kilka zjaw, które postępowały w jego kierunku. Nikły w cieniu nagrobków i pojawiały się znowu. Stanął w miejscu, zachwiał się niespodziewanie i upadł na ziemię. Widział jeszcze, że białe postacie z krzykiem rzuciły się w jego stronę, stracił jednak przytomność. Ogarnęła go ciemność…

Przerażone „duchy” przybiegły, zaczęły potrząsać ciałem, które bezwiednie przelewało się im przez ręce. Jeden pobiegł do pobliskich zabudowań. Krzycząc, nieskładnie opowiadał co się stało. Zaprzęgano w pośpiechu konie. Gospodarz podjeżdżał już do bramy cmentarza, gdzie przyniesiono chłopca. Jeszcze żył, ale śmierć zaglądała mu już w oczy. Powieziono go do pobliskiego lekarza, ale ten mógł już tylko stwierdzić zgon. Serce nie wytrzymało nadmiaru wrażeń i pod wpływem stresu pękło.

To miał być tylko żart. Kiedy śmiałek zmierzał ku cmentarzowi drogą, przez pola na skróty pobiegli inni. Byli na cmentarzu pierwsi. Odziani w białe prześcieradła udawali duchy. Śledzili każdy ruch chłopca. Głupie zabawy miewają niekiedy tragiczny koniec.


To ostatnie opowiadanie z serii wydarzeń niezwykłych. Zapraszam na inne postronny, gdzie zajmę się już zupełnie inną tematyką.