Miłkowice woj. wielkopolskie

Jak echo strzałów znad Bzury

Przedruk fragmentów  2 rozdziału   książki
Juliusza Molskiego
udostępnionych   kwartalnikowi  "Na Sieradzkich Szlakach"Opublikowane zostały w numerze 4/2011  

Książka Pana J. Molskiego ma się ukazać drukiem pod koniec tego roku
.


Dyplom

Miłkowice – Wola Miłkowska 11IX 1939 – 17 IX 1985
Juliusz Molski
Jak echo strzałów znad Bzury
Nim znalazłem się tu po raz pierwszy, Miłkowice kojarzyły mi się tylko z nazwą topograficzną związaną z działaniami Armii Poznań, poprzedzającymi dramat bitwy nad Bzurą roku 1939. Jak się okazało, pamiątki z owego czasu reprezentowały tu tylko most na Warcie i grób poległego lotnika. Przeprawa groziła armii poznańskiej atakiem nieprzyjacielskim od zachodu poprzez Wartę na flankę rozpoczętego pomyślnie uderzenia dywizji polskich spod Kutna na Łódź. Nagrobek opatrzony patriotycznie brzmiącym epitafium z nazwiskiem podporucznika – obserwatora podporucznika Zdzisława Mutkowskiego, . (foto na s. 377 u Pawlaka albo s. 58 w albumie: Pamięci lotniów…) teraz pokrywało usypisko zwiędłego kwiecia z resztkami papierowych wianków, nawianych z przyległego śmietnika. Ponieważ wojenne dzieje wspomnianego mostu znałem już z interesującej mnie historiografii bitwy, przeto na wyobraźnię moją oddziaływać tu odtąd miała sama już tylko tajemnica dramatu ostatnich sekund lotu zestrzelonego obserwatora. Od przygodnych rozmówców dowiedziałem się jednak tylko tyle, że samolot jego spadł na pobliskich polach Woli Miłkowskiej i że po szczątkach maszyny nie pozostało tam już nawet śladu. I choć potem odwiedziłem ów grób niejednokrotnie, przy okazji innych wypraw pobojowiskowych, na bardziej szczegółowe informacje o losach wojennych podporucznika obserwatora Zdzisława Mutkowskiego, jako zapisanych w literaturze przedmiotu – czekać mi przyszło lat kilkanaście, Poległ on w zestrzelonym samolocie typu Lublin R-XIII w trakcie obserwacji zdobytych, niemieckich przepraw na Warcie. Pilot maszyny zdołał się uratować po skoku ze spadochronem.

Ponieważ do informacji tej powrócimy jeszcze w dalszej części tej historii, dodajmy tu tylko, że opisana w niej okoliczność upadku zestrzelonego Lublina po locie niesterowanym bez pilota, potwierdzała wspomniane relacje miejscowych świadków o doszczętnym rozbiciu maszyny i o pustym już pobojowisku w Woli Miłkowskiej. Tak więc, interesujące mnie pamiątki owego dramatu kryła – być może – już tylko owa mogiła lotnika na cmentarzu miłkowickim. O szansie dotarcia do tych reliktów dowiedziałem się dopiero po kolejnych latach dziewięciu, gdy doszła do mnie wiadomość o rozpoczętej likwidacji tego cmentarza i o przenosinach grobów z powodu zaplanowanego zalania okolicznego terenu wodami budowanego zbiornika wodnego Jeziorsko. Zaalarmowany tą wiadomością, przybyłem do Miłkowic, gdy ekipa ekshumacyjna likwidowała groby niemal już sąsiadujące z mogiłą ppor. Miłkowskiego. Wobec braku upoważnienia do pobrania stamtąd jakichkolwiek znalezisk, uprosiłem grabarza i kierownika robót przesuniecie likwidacji grobu o dziesięć dni. W tym czasie uzyskać miałem stosowny dokument od brata Poległego, którego warszawski adres odnotowałem dopiero teraz.

Ale, choć pan Zenon Mutkowski przesłał mi ów papier niezwłocznie i choć znalazłem się z upoważnieniem na cmentarzu przed wyznaczonym mi terminem, w miejscu nagrobka zastałem już tylko zrytą, piaszczystą ziemię. Jakby na ironię, w stanie nietkniętym pozostawiono tuż obok wspomniany śmietnik. Niewiele więc brakowało a wrzuciłbym doń między cmentarne rzęchy niepotrzebne mi już upoważnienie. Jak żywa stanęła mi też nagle przed oczami opisana w prasie scena z kościółka w Kiernozi, gdy otwierano tam grobowiec historyczny hrabiny Walewskiej (o mało co Napoleonowej). Zebrany tłum miłośników pamiątek z tej epoki, z nieukrywaną zazdrością odprowadzał wzrokiem jedynego szczęśliwca, któremu jako hetmanowi polskich zbieraczy dane było uzyskać gwóźdź od trumny jaśnie nieboszczki. Powtarzając ów zapis znajomym (jako kawał), anim przeczuwał, że samemu przyjdzie mi kiedyś żałować podobnie niedostępnego gwoździa, choć z zupełnie innej trumny. Tej z miłkowickiego cmentarza.
Z ponurych tych myśli wyrywa mnie dopiero widok pojawiającego się w bramie cmentarza i sprzyjającego mi dotychczas grabarza. Jak się miało okazać, moment ten przesądził nie tylko o dalszej części niniejszego opowiadania, ale – co nie ulega wątpliwości – o wszystkich przyszłych moich Wędrówkach… Bez dalszych bowiem doświadczeń poszukiwawczych z Miłkowic, następnych moich wypraw do pobojowisk lotniczego Września – po prostu by już nie było.

Ponieważ po ekipie ekshumacyjnej pozostał na cmentarzu tylko zamknięty na kłódkę barakowóz. Wspomniany grabarz – był nim niezapomniany dla mnie Stanisław Osiwała – postanowił wyjaśnić opisaną sytuację sposobem przezeń najlepiej wypraktykowanym – przy pomocy łopaty. Po odrzuceniu wierzchniej warstwy, lekkiej jak mąka, piasek wzruszony ostrzem szpadla niespodziewanie twardniał.. Ponieważ budziło to nadzieję pomyślnego zakończenia całej tej przygody, szybko dobyłem z torby moją łopatkę-saperkę by pomagać w pogłębianiu wykopu. Nadal jednak miast odpowiedzi, pan Stanisław pozwala mi tylko czytać z jego twarzy oczekiwany przeze mnie z napięciem wyrok życia lub zgonu niczym z twarzy lekarza (to fragment Pana Tadeusza). Stosownie do rady grabarza, sam odtąd nie tyle rozkopywałem mogiłę co odgarniałem ostrożnie piasek z jej wnętrza najpierw ostrzem saperki a potem palcami. Zwiastunem zbliżania się do poszukiwanej warstwy z trumną, okazał się wreszcie odłam grubej, nieheblowanej deski z wbitym w nią grubym i długim gwoździem budowlanym. Tyle, że w oczach towarzyszącego mi fachowca, na ślad trumny znalezisko to nie wskazywało. Wkrótce, i tak już wolny, potęgujący emocję postęp w tej pracy, spowolniło kolejne polecenie pana Stanisława. Wydobywane bowiem garście piasku zaczęliśmy ostrożnie rozsypywać na płasko rozpostartym, foliowym worku. Żmudnie też rozdrabnialiśmy każdą grudkę by nie przeoczyć najdrobniejszego nawet znaleziska. Anim się jednak wtedy domyślał, że metodę tę przyjdzie mi potem chwalić przez długie lata. I tak oto, od niewiele interesujących drobiazgów docierać zaczęliśmy w końcu do pierwszych kości człowieka, a wreszcie do identyfikujących jednoznacznie ich pochodzenie elementów o proweniencji bez wątpienia lotniczej. Reprezentował bowiem ów zbiór przede wszystkim hełmofon i zlepek nadpalonych szczątków munduru stalowo-niebieskiego z zachowanym guzikiem wojskowym. Na czaszy hełmofonu widoczna była głęboka pręga wbita w skórę po uderzeniu człowieka głową w jakiś twardy element samolotu. Pojawiły się też z czasem także drobne artefakty, zidentyfikowane dopiero po badaniach późniejszych. Będzie jeszcze o tym mowa w dalszej części opowiadania. Po spisaniu niezbędnego protokołu u miejscowego sołtysa, z uczuciem ulgi wspominałem na widok tych znalezisk chwilę, w której miast opuszczać cmentarz z pustymi rękoma, oddałem się dłuższemu dumaniu nad swoim, jakby już przegranym losem. Wystarczyło przecież wtedy niewielu minut skróconej zadumy, a mojego człowieka opatrznościowego, pana Stanisława, nie spotkałbym nigdy! Co więcej. To on właśnie, jako pierwszy nakłoni mnie do chwilowej rezygnacji z dalszych prób poszukiwań na samym już pobojowisku w Woli Miłkowskiej. O wiele bowiem pilniejsza okazała się penetracja archeologiczna niedalekiego pobojowiska w Wylazłowie, gdzie budowniczowie zbiornika Jeziorsko i ekipa władz wojewódzkich zakończyła bezskuteczne poszukiwania zrównanego z ziemia i pokrytego darnią łąk grobu trzech lotników z innej zestrzelonej załogi. I tę przecież mogiłę wkrótce zalać miały spiętrzone wody wykończana właśnie zaporą. W rezultacie, do Miłkowic i Woli Miłkowskiej powrócić miałem dopiero w następnym roku. Czas owej przerwy poświęciłem dalszej identyfikacji historycznej i technicznej przywiezionych stąd znalezisk. Był to zarazem jakby pierwszy semestr moich późniejszych, wieloletnich studiów lotniczo-archeologicznych. Wśród profesorów, wszystkich ze stażem przedwojennym, dane mi było pobierać nauki nawet u słynnego konstruktora lotniczego doc. dr. Tadeusza Sołtyka. Po raz pierwszy też zająłem się penetracją archeologiczną pobojowiska w powiązaniu z penetracją historyczną. Tę ostatnią zapoczątkowały dokumenty i zdjęcia dostarczone mi przez rodzinę ppor. Mutkowskiego. Jak się okazało z informacji Niemieckiego Czerwonego Krzyża, czasem dramatu miłkowickiego pobojowiska nie był dzień 9 września. Lecz 11 września 1939 r. Dalsze szczegóły wydarzenia zawierała pisemna, archiwalna informacja ówczesnego, niemieckiego starosty (Landrata) z Turku. Z czasem otrzymałem też listy od świadków zamieszkałych poza pobojowiskiem.
Znalazłszy się po roku na samym już pobojowisku w Woli Miłkowskiej, dysponowałem odtąd elektronicznym wykrywaczem metali. Przyrząd ten, stanowiący podstawowe narzędzie penetracji archeologicznej pobojowiska, wypożyczyli mi archeolodzy kończący wtedy swe prace rutynowe w niecce zbiornika wodnego Jeziorsko. I tak oto, zafascynowany już pierwszymi godzinami elektronicznej penetracji terenu, na odkrywanie tajemnic odnalezionego skrawka pola ze szczątkami samolotu przybywać będę w latach 1986-1990 aż pięciokrotnie. W rezultacie uda mi się stąd wywieś ogółem 436 znalezisk, zapisanych w 122 pozycjach technicznie zidentyfikowanych, jako sporą część książki inwentarzowej z całością efektów wszystkich moich wypraw.

W tych samych, pierwszych godzinach penetracji archeologicznej miłkowickiego pobojowiska, gdy napotkałem w głębi pola kilka bakelitowych odłamów rozbitego całkowicie akumulatora, nad moimi emocjami górę wzięła równie pierwsza, trzeźwa już zupełnie myśl, by z szczątków tych odtworzyć pierwszy kształt akumulatorowej odbudowy. Ponieważ elementów takich nikt stąd na pewno nie wywoził, stopień odtworzenia obudowy stanowił zarazem w pełni wiarygodny wskaźnik (kryterium) stopnia przebadania całej zawartości podziemia pobojowiska. Pomimo jednak powtarzanych wielokroć wypraw, z obudowy rzeczonego akumulatora uda mi się zebrać zaledwie ćwiartkę. Ile zatem wszystkich śladów owej historii i związanego z nią dramatu pozostało nadal w tej ziemi – nie wiadomo.

Ale przecież właśnie dlatego uczucie tego niedosytu (a raczej głodu) pchać będzie mnie tu do orki archeologicznej przez sześć kolejnych jesieni. Co już samo w sobie stanowić będzie rekord nie pobity na wszystkie przyszłe trasy niniejszych Wędrówek… Jak to jednak zwykle ze znojem samych oraczy bywało, tylko nielicznym z nich na całe pokolenia udawało się trafić pługiem na ukryty w polu skarb. Mnie natomiast, ta sama przygoda przytrafiła się znacznie prędzej. Zaczęło się to zaś w chwili, gdy wydobywszy po trudach i mozołach jakąś nieciekawą drobinę samolotu, ze złością dziabnąłem anteną wykrywacza w wykop nieproporcjonalnie pokaźny do takiej jego mizernej zawartości. Potraktowana brutalnie ziemia odpowiedziała ponownym piskiem w aparaturze i ukryta głębiej… drobiną jeszcze mniejszą. I tak oto tkwiące w głębi coś najwyraźniej zaczęło uczyć mnie iście benedyktyńskiej cierpliwości aż do zalewającego mi oczy potu przy pracy w głębi wykopu ponadmetrowego. I tam dopiero okazało się, że natrafiłem tak oto podobny do kopca z ziemiankami istny sezam z pamiątkami po wraku zestrzelonego Lublina ! Kim był tu mój szlachetny poprzednik w dziele ochrony pamiątek i śladów owego czasu – nie wiadomo. Podobnie nigdy już nie dojdę do imion takich samych jak on dobroczyńców na kilku następnych pobojowiskach. Ponieważ całe dobrodziejstwo inwentarza sezamu (poznawcze i pamiątkowe) poznamy w osobnej części Wędrówek…, powróćmy do przerwanego tak wątku z historią dramatu miłkowickiego pobojowiska. Otóż według literatury przedmiotu, rozegrał się on w ciągu zaledwie kilkunastu sekund: rozsypanie się w powietrzu zestrzelonej maszyny, skok ze spadochronem ocalonego pilota, pozostawienie w kabinie zabitego lub ciężko rannego obserwatora, upadek samolotu – i na tym konie! Biorąc więc pod uwagę wysokie pułapy lotów obserwacyjnych nad nieprzyjacielem, dramat miłkowickiego pobojowiska ograniczać powinien się li tylko do momentu poprzedzającego uderzenie maszyny o ziemię i do spektakularnych tego skutków. Wystarczyło jednakże już pierwszej relacji świadków, by to samo pole ogarnąć wyobraźnią wraz z samolotem jako wrakiem w stanie niespodziewanie kompletnym, tyle, że z łbem zarytym w ziemi w ziemi i jedną uszkodzoną golenią podwozia, co spowodowało rozbicie się skrzydła. Co zaś w jednej z tych wypowiedzi najbardziej znamienne, pierwszy ze świadków przybyły do wraka maszyny, próbował uwolnić z pasów nieprzytomnego, ale żywego jeszcze lotnika. Na widok zbliżającego się szybko samochodu z niemieckimi żołnierzami, świadek ten rzucił się natychmiast do ucieczki. Zmarłego wkrótce potem lotnika, Niemcy owinęli płachtą namiotową i pochowali opodal samolotu.

Cóż więc działo się na pokładzie Lublina między opuszczeniem maszyny przez pilota a opisanym już zetknięciem się jej kół z polem ? Z mało dokładnych w tym względzie wypowiedzi miejscowych świadków wynikało tylko, że samolot koziołkując w powietrzu zbliżał się do ziemi z głośnym rykiem motoru. Tuż nad polem ryk ten ucichł zupełnie. Z oddali słychać było tylko warkot szybko uchodzącego drugiego samolotu. Z informacji we wspomnianym już dokumencie ze starostwa niemieckiego w Turku wynikało, że była to lecąca równolegle inna polska maszyna. Jak się okazało z tego samego źródła, na mogile ppor. Mutkowskiego wzniesiono krzyż, którego belkę poprzeczną stanowiło śmigło zestrzelonego samolotu. Okoliczność tę potwierdziło znalezienie pod powierzchnią pola okucie aluminiowe jednej tylko łopaty, rozbitej przy zetknięciu się łba samolotu z ziemią. Gdyby w tym samym momencie silnik maszyny pracował, z całego śmigła pozostałyby tylko drzazgi. Cytowane zatem wypowiedzi świadków o ucichłym nad ziemią warkotem motoru, znalazły tak oto swe pierwsze potwierdzenie. Był to zarazem dowód na okoliczność rutynowego wyłączenia silnika przed lądowaniem, a zatem także na fakt przytomnej w pełni próby przymusowego lądowania po przejęciu steru i wyłączeniu iskrownika przez pozostałego w kabinie obserwatora. Oba te elementy sterowania były bowiem w Lublinie R-XIII zdublowane (w kabinie pilota i obserwatora). Wiele tez wskazuje, ze właśnie ów wyłączony iskrownik zapobiegł wybuchowi pożaru we wraku samolotu. Być może, ratujący się tak obserwator, zdołał jeszcze odrzucić w powietrzu zbiornik główny paliwa. Pożar mogły spowodować bowiem opary benzyny w zetknięciu ze wspomnianym żarem tlącego się munduru lotnika, do czego nie doszło.

Jak sobie już łatwo wyobrazić, tak właśnie zbliżał się do swego apogeum punkt szczytowy dramatu śmierci ppor. Mutkowskiego. Były to bowiem sekundy, w czasie których cierpiał on iście nieludzką mękę powolnego spalania się w żarze nie dającym się stłumić pod przebitą Ciskiem karabinowym (zapalającym) i spiętą pasami fotela jego kurtką skórzaną. Kula wystrzelona z broni maszynowej, po osiągnięciu pułapu około 2000m, prawdopodobnie nie miała już siły przebicia zdolnej do zadania głębokiej rany. Może dosięgnięty nią obserwator krzyczał lub wył z bólu wprost do słuchawki awiofonu pilota ? Z całą pewnością natomiast przyczyną opuszczenia przez tego ostatniego kabiny, nie była potem podana przezeń kłamliwie, wspomniana już okoliczność rozsypania się maszyny w powietrzu. Dlaczego zatem kłamał? I tak oto dochodzimy do pierwszego w niniejszych Wędrówkach… przykładu zetknięcia się niżej podpisanego eksploratora pobojowiskowego ze śladami świadczącymi zarówno o wielkości ducha bojowego tamtych polskich lotników, jak też o ich załamaniach się duchowych w obliczu śmierci. O wynikających stąd samo ograniczeniach niżej podpisanego w wydawaniu sądów moralnych w tym względzie dziwić się chyba nie trzeba. Natomiast już bez oczekiwania na jakiekolwiek weryfikacje, wśród wszystkich znalezisk z tego pobojowiska, na najwyższą rangę zasługiwały same przez się pamiątki męczeńskiej śmierci ppor. obs. Zdzisława Mutkowskiego. Dlatego relikwie te – nadpalone strzępy munduru, resztka odznaki dęblińskiej Szkoły Orląt, muszelka-amulet, złamany w kieszeni ołówek – wobec braku relikwiarza złożyłem w kryształowej , antycznej kasetce. Wspomniany cytowany tu już również w rozdziale wstępnym opis gwałtownych i szalejących w kabinie otwartej obserwatora podmuchów powietrza, równie łatwo wyobrazić sobie szybko rozszerzający się żar zapalonego pociskiem munduru Męczennika. Z tą samą gwałtownością narastały przecież Jego iście koszmarne cierpienia. Czy w ostatniej sekundzie owego dramatu przerwało je silne uderzenie Jego głową jakąś nieznaną, twardą krawędź, czego ślad widoczny był na czołowej części hełmofonu? Znak tego wgniecenia, zanikły podczas suszenia skóry i odtwarzania kształtu czaszy znaleziska, zachował się tylko na zdjęciu hełmofonu wykonanym tuż po pierwszej wyprawie do Miłkowic.

W opowiadaniach miejscowych świadków, relikt ów, nim został złożony po ekshumacji Poległego do Jego kolejnego grobu na cmentarzu miłkowickim, przez rok marniał na słońcu i deszczu, na śniegu i mrozie, jako zwieńczenie wspomnianego już krzyża na pobojowisku. Podobnie znamiennym śladem tego dramatu okazał się komplet płatów kurtki skórzanej obserwatora, rozmontowanej w ziemi po zaniku zbutwiałych nici.
I wreszcie wspomniana już muszelka-amulet. W świadomości brata poległego lotnika, znalezisko to stanowiło pamiątkę niedawnej, wspólnej z narzeczoną Krystyną, letniej podróży obojga na plaże Gdyni i Helu. Okrutna przemoc wojny sprawiła, że ów noszony przy sercu gwarant ich szczęścia, tu zawiódł zupełnie pokładane w nim nadzieje. Po ostatnim swym w życiu starcie z lotniska polowego pod Kutnem, po osiągnięciu pułapu nakazanej wysokości 2000m, nawet przy niezbyt dobrej widoczności dostrzec mógł Zdzisław odległo o niespełna 30 km okolice Chocenia z dworkiem ziemskim w Szczytnie. Tam czekała Krystyna na jego powrót.

Gdy schodziłem już po raz ostatni z pobojowiska na polach Woli Miłkowskiej, przypomniałem sobie o wydobytym tu spod ziemi ebonitowo-mosiężnym ustniku jakiegoś nieznanego instrumentu. Jak się miało okazać dopiero po wielu latach, była to część rogu lub rożka sygnałowego, który to element wyposażenia lotniskowego dostrzegłem na zdjęciach archiwalnych. Czemu służył i jak znalazł się wśród szczątków zestrzelonego tu Lublina – tego nie doszedłem do dziś. Niespodziewany ustnik ów, już po pobieżnym oczyszczeniu z ziemi, wydał dźwięk czysty i zadziwiająco donośny. I tak oto, przywoławszy na początku moich miłkowickich penetracji archeologicznych wspomnienie myśliwskie z Księgi IV Pana Tadeusza, teraz kończyłem tu moje łowy triumfalną grą niczym na rogu imć pana Wojskiego
-----------------------------
Porównaj: A. Kurowski, Lotnicy w bitwie nad Bzurą, Warszawa 1975, s. 75