Miłkowice woj. wielkopolskie

Wojenne lata

Wojenne lata


„W cieniu jesionów”

Część druga, rozdział drugi, strona 78 do 89.
 

 

We wrześniu 1939 roku walki toczyły się o Uniejów. Wojsko polskie odbiło na krótko miasteczko wypierając Niemców. Szarów, leżący w pobliżu, aż dwukrotnie przechodził w polskie ręce. Niemcy w odwecie za poniesione porażki, za samorzutną obronę Polaków, mścili się okrutnie na ludności cywilnej. Krwawą daninę zapłaciły wsie Balin, Dąbie, Szarów, Niewiesz - nieomal doszczętnie spalone, umęczone zbiorowymi egzekucjami. Front przesunął się na wschód, milkły zwolna echa bitwy nad Bzurą.
- Schnell! Schnell! -za oknem rozlegał się wrzask żołnierza, który popędzał grupkę kobiet. Miały sprzątać kościół, z którego wywieziono już rannych niemieckich żołnierzy.
- Loos!!! Loos!! - nawoływał inny Niemiec maszerując wzdłuż kolumny mężczyzn gnanych do remontu mostu na Warcie niszczonego raz przez jedne, raz przez drugie, przechodzące tędy wojska.
Mostem mogli przejechać teraz Polacy, którzy uciekli przed Niemcami na wschód, ale już nie wrócili do swoich domów, które były zajęte przez przybyłych osadników. Polaków upychano gdzie się dało albo wywożono do Niemiec. Później do wsi przyjechali Niemcy, których nazywano Czarnomorcami. Przesiedlono ich z Ukrainy.
Jeden z nich dał się naszej rodzinie szczególnie we znaki.
- Marysiu, dołóż więcej kapusty, widziałam, że już chodzi po ogrodzie - stłumionym szeptem wołała babcia, która wbiegła zdyszana do mieszkania. Wracała z pola, gdzie razem z dziadkiem pracowała u Büffarda, który zajmował sąsiednie obejście.
Synowa zapełniła garnek kapustą, poczekała chwilkę aż się zagotuje i biorąc dziecko na rękę wyszła przed dom. Widziała, że zbliża się i już z daleka krzyczy:
- Halinka, Halinka - arbeit, arbeit- Halinka, Halinka...
Zdenerwowany poszedł dalej. Na szczęście, gdyż w garnku gotowało się mięso z nielegalnego uboju, które wujek Józek niekiedy przynosił. Przechowywano je w piwnicy ukryte pod ziemniakami, a gotowano z kapustą, która tłumiła zapach. Bywało, że Niemiec wpadał do mieszkania i zaglądał do garnków. Należało się mieć zawsze na baczności.
Widok mojej mamy z dzieckiem bardzo go drażnił. Nie mógł ścierpieć, że nie pracuje w polu. Mamrotał wtedy to - Halinka, arbeit... Tato był potrzebny Niemcom i dlatego zostawiono go na miejscu. Musiał naprawiać narzędzia i kuć konie. Patrzyli przez palce na to, że mama zostawała w domu. Była już wtedy w ciąży z drugim dzieckiem


W kuźni – od lewej Feliks Wercki, Zygmunt Kaźmierczak, Stanisław Kaczmarek

Kuźnia stała obok rodzinnego siedziska mojego ojca, przy skrzyżowaniu dróg, i od początku była punktem kontaktowym mieszkańców. Zachowało się zdjęcie z tego czasu: zbudowana z solidnych, sosnowych desek, ze spiczastym dachem pokrytym dachówką i szerokim zadaszeniem nad wielkimi drzwiami. W szczycie umieszczono tablicę – Stanisław Kaczmarek, Schmied. Przed kuźnią stoi koń, któremu tato ma przybić podkowę, trzymany za uzdę przez zażywnego jegomościa w czapce maciejówce z nieodzownym papierosem w ustach. To on przez całą wojnę przechował radio i był źródłem informacji. Drugi z pomocników, młody mężczyzna, szczupły ubrany w białą koszulę podtrzymuje końskie kopyto. Tato też w jasnej koszuli i nieodłącznej kamizelce, z nałożonym na wierzch grubym, ochronnym fartuchem, pochyla się nad pudełkiem z wysoką rączką, gdzie zawsze trzymał hufnale* i teraz chyba wybiera właściwy, aby umocować podkowę. Bardziej narowiste konie wprowadzano pomiędzy dwa długie drągi i przywiązywano, aby nie mogły kopać. W tle widać dom dziadków, który w czasie wojny zajmowali Niemcy, tacy o bardziej ludzkim obliczu. Gdy zdarzało się, że tato lub któryś z jego braci wchodził na podwórko, najczęściej po wodę ze studni, nigdy się nie odzywali, ani nie zabraniali, jak robili to inni. Czuli, że to oni mieszkają w cudzym domu! Wiele lat po wojnie przyjechała do Miłkowic ich córka. Urodziła się w domu moich dziadków. Zapamiętała, że obok miejsca, gdzie osadzono jej rodziców, była kuźnia. Pytała tatę, którego odnalazła, raz za razem: - Oder meine die Eltern waren sie gut? ( Czy moi rodzice byli dobrzy?)
Najgorzej okupację znosił dziadek. Całe życie był panem u siebie, zamożnym gospodarzem i w czasie wojny z trudem zginał kark pracując u Niemców i na dodatek wysłuchując rozkazów. Ciągle miał jakieś zatargi z Büffardem, który zagarnął większość gospodarstw i to u niego przede wszystkim pracowali Polacy.
-Walenty - mówiła babcia - daj spokój. Rób, co ci każą. Musimy to jakoś przetrwać.
Walenty jednak nie dawał sobie niczego wytłumaczyć. Mamrotał pod nosem obelgi pod adresem Niemca, aż babcia uciszała go, bojąc się, aby ktoś nie usłyszał.
- Tato, nie zaczynaj z nim, to podły człowiek- przemawiali mu do rozsądku synowie, ale nic nie pomagało, w dziadku buzował bunt. W końcu Büffard przywołał go do porządku rzucając oskarżenie o sabotaż. W mroźną, zimową noc żandarmi wyciągnęli dziadka z łóżka i zakuli w kajdanki. Biegł za nimi tylko w bieliźnie, przywiązany do roweru, cztery kilometry na posterunek, gdzie zbito go do utraty przytomności. Przetrzymano go tam kilka dni ponawiając katowanie, a później zwolniono. Przycichł, schudł, posmutniał, ale to nie znaczy, że się do końca poddał.
Tato w kuźni zatrudnił dwóch braci, co uchroniło ich przed wywózką na roboty, reszta podzieliła los innych mieszkańców - pracowali u Niemców albo ich wywieziono. Nas zaczęli przesiedlać, gdyż dom stał się Niemcom potrzebny, a może to miało związek z dziadkiem, nie wiem. Mieszkaliśmy w kilku miejscach i już nie razem z resztą rodziny. Dokwaterowywali nas do Polaków, którzy zostali w swoich domach, najczęściej nad rzeką na Zaspach, lub pod lasem. Dawali kontyngent, ale coś tam zostawało, więc można było u nich nabyć mleko, ziemniaki, warzywa, aby jakoś przeżyć. Tato znał wszystkich w okolicy, gdyż wcześniej czy później każdy musiał się w kuźni zjawić i dlatego łatwiej było mu zdobyć coś do jedzenia czy ubrania.
***

Czas mojej dominacji skończył się niepodzielnie, gdy na świat przyszedł brat. Musiałam oddać mu miejsce w wiklinowym łóżeczku, które zrobił jakiś mieszkaniec nadrzecznych Młynów. Został mi tylko mały wiklinowy fotelik, w którym w dalszym ciągu niepodzielnie królowałam.
Mój brat był płaczliwym dzieckiem i mama poświęcała mu siłą rzeczy dużo czasu. Do łóżeczka przytwierdzono bieguny, aby można było kołysać go do snu, a ja zaczęłam się usamodzielniać. Rano musiałam ubierać się sama, co sprawiało mi dużą trudność. Szczególnie nie lubiłam wkładać pończoch. Była to operacja bardzo dla mnie skomplikowana. Najpierw zakładało się rodzaj flanelowej koszulki, do której były przyszyte zapięcia podtrzymujące pończochy. Później należało je wciągnąć w ten sposób aby pięta była po właściwej stronie nogi! I właśnie ta czynność była ponad moje siły. Gdy już nic mi nie wychodziło, złorzeczyłam:
- Te felerne pończochy! - co wcale nie wiązało się z felerem pończoch, tylko miało wyrażać przekleństwo, którego nie mogłam jeszcze poprawnie wymówić. Mama litowała się wtedy i zakładała jak należy niesforne odzienie.
W nowym miejscu, które teraz zajmowaliśmy, a uściślając, gdzie się gnieździliśmy, pojawił się jeszcze problem z wodą, gdyż studnia w obejściu nie była zbyt wydolna i należało chodzić po nią dosyć daleko do innego gospodarstwa. Robił to zawsze tato, gdy w południe był w domu, albo wieczorem, ale niekiedy wody zabrakło i musiała iść ją przynieść mama. Ładowała Bdzibdziumnię - gdyż tak przechrzciłam mojego brata, widocznie Zdzisiu wymawiało się dla mnie trudniej - do wózka, któremu poświęcę więcej czasu, gdyż pamiętam go doskonale, i kroczyliśmy w pochodzie ku studni. Trzymałam się wtedy blisko mojego brata i kontrolowałam czy zaraz zacznie płakać. Powrót bywał jeszcze trudniejszy. Związane to było z wylewającą się z wiadra wodą, gdy mama balansowała pomiędzy wózkiem a ujarzmieniem mnie, gdyż zataczałam wtedy dla odmiany koła wokół wózka. Mama bała się nas zostawić choć na chwilę samych, gdyż kiedyś zaproponowałam jej sposób uciszenia wrzeszczącego dzieciątka przez nałożenie pieluszki na jego buzię. Obawiała się, że mogę to wprowadzić w czyn.
Nie wiem dlaczego, ale podkradałam smoczki brata - może chciałam wrócić jeszcze do tej fazy dzieciństwa?! Wygryzałam w nich dziury i wyrzucałam. Smoczki były z przydziału i co się potem działo nietrudno sobie wyobrazić, krzyk się wzmagał... Stosowałam zresztą różne sposoby zwrócenia na siebie uwagi.
Kiedyś w ciepły, letni dzień bawiłam się na podwórku. Mama wyglądała przez okno zadowolona, że dziecko czymś się zajęło, braciszek spał. Miała zatem chwilę spokoju aby coś w domu zrobić, ale jak się okazało była to złudna chwila. Ja skupiona byłam na wygarnianiu paluszkiem z piasty koła wozu stojącego na podwórku czarnego mazidła. Smarowałam nim buzię, włosy, sukienkę. Ponieważ byłam odwrócona tyłem, mama nie widziała co naprawdę robię. Gdy weszłam do mieszkania nastał sądny dzień. Niczym nie można było mnie domyć. Nafta, masło, mydło nie dawało sobie rady ze smarem. Wrzeszczałam, wspomagał mnie brat, mama miotała się w tym rozgardiaszu chcąc mnie doprowadzić do jakiegoś ludzkiego wyglądu. Wszyscy jednak dobrze zapamiętali mój wyczyn, więc chyba warto było!
Mieszkaliśmy wtedy u pani Janeczki. Chałupka była mała i ciemna, stała przy bocznej drodze. Zbliżało się Boże Narodzenie i rodzice postanowili ubrać choinkę. Tato przyniósł drzewko z pobliskiego lasku, mama przygotowała z bibułek i papieru ozdoby. Zapłonęły świeczki w małych lichtarzykach, a wraz z nimi cała choinka. Gaszono pożar zamiast śpiewać kolędy.. Tato przytomnie stłumił ogień jakimś prześcieradłem, ale nastrój świąteczny prysł. Z panią Janką zaprzyjaźniliśmy się w tamtym czasie, była to dobra, serdeczna i mądra osoba. Odwiedzała później moją mamę, choć na starość dziwaczała i wiodła życie samotniczki.
Jak wspomniałam, przeprowadzki wpisane były w nasz wojenny czas. Przyjeżdżał ktoś furmanką, ładowano dobytek i przewożono go w nowe, wyznaczone miejsce. Nie wiem jakie mieliśmy sprzęty, zapamiętałam tylko wielką walizę, która stała później na strychu i do której ładowano zawsze dziecięce rzeczy. Zamieszkaliśmy tym razem na kolonii pod lasem. W nowym miejscu zadomowiliśmy się jako tako. Córka gospodarzy, dorastająca już wtedy panna, przesiadywała ciągle u nas, gdyż lubiła się bawić z moim bratem, który pracowicie wbijał gwoździki w deseczki, albo w podłogę, różnie bywało, więc ja zyskiwałam trochę swobody i mogłam wychodzić na podwórko. Obserwowałam rośliny i zwierzęta. Karmiłam z upodobaniem kozę zrywając dla niej liście i trawę. Zafascynowała mnie jej mordka i sposób połykania jedzenia. W pewnym momencie niebo poczerniało od niemieckich bombowców, które z głuchym warkotem zmierzały na wschód. Front niemiecki załamywał się już, Rosjanie zwyciężyli pod Stalingradem i Kurskiem i samoloty zmierzały na ratunek. Przerażona mama wybiegła z domu bojąc się, że skulona ze strachu płaczę gdzieś w ukryciu, ale ja spokojnie przypatrywałam się kozie i nawet nie zauważyłam, że dzieje się coś niepokojącego. Koza bardziej mnie fascynowała.
Działo się jednak wiele.
Niemcy zorganizowali wystawę zdjęć pomordowanych przez Rosjan polskich oficerów w Katyniu, którą musieli obejrzeć wszyscy Polacy. Przerażenie, smutek, niedowierzanie i płacz, a w domyśle nienawiść do morderców. O to właśnie Niemcom chodziło. W Katyniu zginął także jeden z naszych sąsiadów.
Gorączkowo przygotowywano już linię oporu na rzece Warcie, która miała być naturalną przeszkodą, gdyby front się aż tutaj cofnął. Stworzono obozy pracy. Zakwaterowano ludzi w stodołach i barakach. Wujek Zygmunt, brat taty, musiał odejść z kuźni. Kopał razem z innymi okopy. Pierwsza ich linia przebiegała wzdłuż Warty. Wzmacniano je faszyną, wybudowano betonowe bunkry. Drugą linię umocnień umieszczono dwa kilometry dalej pomiędzy drogą a lasem. Ciągnęła się aż do Sieradza. Była o wiele solidniejsza, głębokie na kilka metrów rowy wyłożono balami. Pod siekierę poszły drzewa z pobliskich lasów. Ludzie pracowali od świtu do nocy. Za najmniejsze uchybienie spotykały ich kary. Zorganizowano nawet pokazową egzekucję wykonaną na jednym z robotników - zawisł na szubienicy, gdyż źle wykonywał swoją pracę. Nigdy zresztą okopy nie posłużyły do obrony. Front przesunął się bardzo szybko.
Niemcy mieszkający we wsi nie do końca wierzyli, że to już koniec, choć go przeczuwali. Jeden z nich przyniósł do kuźni indora, inny jakieś wiktuały chcąc zjednać sobie tatę i jego rodzinę. Zastrzegali jednak, bojąc się chyba swoich:
- Schmid, schowaj, niech nikt nie widzi....
Nad Łodzią płonęły już „choinki" i nie było wątpliwości, że to już koniec niemieckiego panowania.
Mieszkaliśmy już wtedy znowu w swoim domu. Pamiętam moment, który tak naprawdę nie wiadomo, czy się wydarzył, ale ja go mam ciągle w myślach. Widzę budynki, kolor trawy, czuję nawet jej zapach. Wymknęłam się mamie spod kontroli??? - i wybrałam się z „pojednawczą" wizytą sąsiedzką do domu zajmowanego przez Büffarda. Przeszłam przez uchylona furtkę, wkroczyłam na ścieżkę wydeptaną w zielonej trawie, później szłam obok włoskiego orzecha dróżką, którą zawsze przechodził Büffard, weszłam do ich letniej kuchni, usiadłam na progu i siedziałam. Z początku nikt mi nic nie mówił, przechodzili obok mnie, ale w końcu Niemka nie wytrzymała i pogoniła mnie miotłą. Wróciłam więc do domu i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że nikt sobie tego wydarzenia nie przypomina. Zapamiętam je tylko ja, trzyletnia wtedy dziewczynka... Jest to najwyrazistszy obraz jaki pozostał w mojej pamięci z czasów wojny.
Büffard bał się zemsty, gdyż mierzył widocznie innych ludzi swoją miarą. Przyszedł na koniec do dziadka i błagał na kolanach:
- Panie Kaczmarek! Ich war gut! Ja był dobry! Ja gut! -a łzy spływały mu po policzkach.
- Du der gute Mensch! Ty gut, ty przebacz, ja nie był zły....
Dziadek zbył go tylko pogardliwym machnięciem ręki i krótkim - Idź!
Inni Polacy nie byli tak litościwi, szczególnie sąsiad Władek. Za Kaczmarków - krzyczał. Zawiesił mu tablicę na szyi „Niech żyje Hitler" i popędził drogą do lasu. Po wojnie Büffard napisał do dziadka list. Skarżył się, że jest sam i pytał o losy swojej rodziny. Nikt nic nie wiedział o jego bliskich. Żadnej odpowiedzi od dziadka też nie otrzymał.
Niemieccy osadnicy uciekali w popłochu ze wsi. Przeszły, a właściwie przemknęły niemieckie oddziały nie zwracając uwagi na usadowione na wysokim brzegu Warty bunkry, które miały stanowić pierwszą linie ich obrony, ani na zwalisty i głęboki pancergrab. Zniszczyli tylko most, który znowu ział dziurami i słaniał się na zniszczonych przęsłach. Nie powstrzymało to wyzwolicieli. Wkroczyły wojska rosyjskie. Żołnierze przynosili skądś słomę, rozkładali na podłodze i spali zajęczym snem z bronią pod głową. Mężczyźni strzegli przed nimi swoich kobiet. Wszyscy jednak dosyć mieli Niemców i z ulgą witali Rosjan, a ci dzielili się czym mieli z gospodarzami ze słowiańską wylewnością, gdyż bieda wtedy aż piszczała i wszystkiego brakowało, a oni szli, szli na zachód powtarzając:
- Nas mnoga, ubijut, eto ubijut.
Dziadek Walenty wrócił w końcu do swojego domu płacząc ze wzruszenia, gdy wszedł w jego progi. Mój ojciec został z niczym, gdyż wszystkie materiały, które zgromadził przed wojną na budowę domu Niemcy zużytkowali na remonty.
Zaczynał się powojenny czas.


Halina Studzińska – „W cieniu jesionów” Wydawnictwo Projekt Plus , Winiary 2011  ISBN:978-83-932165-1-2