Miłkowice woj. wielkopolskie

Powojenne czasy

Powojenne czasy

„W cieniu jesionów”
Część druga, rozdział drugi, strona 96 do 100

4. Banda, wacha i lacha


Czasy po wojnie były niespokojne. W okolicach pobliskiego miasteczka działał samodzielnie „Groźny” ze swoim oddziałem, otoczony i rozbity w marcu 1946 roku przez KBW, UB i MO. Czy grupa działająca w okolicach Miłkowic miała z nim jakiś związek, nie wiem. Tutaj wszelkiej maści poszukiwacze łatwego zarobku pod pokrywką walki z władzą utworzyli bandę . Ich dowódca wywodził się z jednej ze wsi leżących nad Wartą. Był przed wojną postacią znaną i szanowaną. Nie znam jego wojennych losów, ale działania powojenne nie zapisały się dobrze w pamięci mieszkańców. Z jednej strony członkowie tej grupy zwalczali wszelkie oznaki formowania się władzy ludowej, a z drugiej napadali na handlarzy przewożących towary, nachodzili ludzi, którzy sprzedali jakieś zwierzęta gospodarskie, świnię czy krowę, i bez litości odbierali im pieniądze. Skądś o tym wiedzieli, więc we wsi jakieś wtyczki musieli mieć.
Moje spotkanie z ludźmi z bandy miało charakter bardzo dramatyczny. Był wczesny wieczór drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia. Zaprzyjaźnione rodziny spotkały się w organistówce. Dzieci przyszły z rodzicami, ale ponieważ miejsca nie było tam zbyt wiele, a dzieciny rozpierała energia, odprowadzono je do naszego domu, gdzie pod opieką starszego kuzyna mieliśmy bawić się i czekać. Choinka stała spokojne zawadzając czubkiem o sufit, nieoświetlona, gdyż zastrzeżono, że nie mamy prawa do iluminacji. Bawiliśmy się w wyliczanki, ślepą babkę, popiskując i biegając po całym mieszkaniu. Raptem zadudniły drzwi wejściowe, rozległ się trzask, tupot wielu nóg i słychać było podniesione, męskie głosy. Zamarliśmy z przerażenia… Nastała na chwilę cisza, a później rozległo się gwałtowne walenie do drzwi pokoju zamkniętych na zasuwkę od środka! Szarpano za klamkę. Zaczęliśmy płakać. Łomotanie i tupot nie ustawały.
- Otwierać! Natychmiast otwierać!!! – krzyczano.
Baliśmy się, że drzwi zostaną wyłamane. Marianek, jako najstarszy i najodważniejszy, podszedł cichutko i odsunął zasuwkę. Drzwi rozwarły się gwałtownie, a my zbici w gromadkę, jak stadko bezbronnych wróbli, zapłakani i przerażeni, wpatrywaliśmy się w męskie postacie odziane w kożuchy, w maskach na twarzach. Bandyci zlustrowali wzrokiem pokój, a nie widząc nikogo dorosłego, widocznie zdjęci litością, nie weszli do środka, tylko stali w sieni…
- Gdzie rodzice!- huknął jeden z nich.
- Czy tu jest milicjant? Haladus jest tu? - odpowiedzią było tylko ciche chlipanie. Nie mogliśmy ze strachu wydobyć głosu z gardła.
- Mów ty! - wskazał jeden z nich na Marianka.
- W organistówce… tam… - jąkał się Marianek, pokazując palcem w kierunku bliżej nieokreślonym, nie mniej przerażony niż cała drobnica dziecięca.
W sieni znowu zrobił się tumult, zadudniły kroki, trzasnęły na końcu drzwi i bandziory z hukiem się wynieśli.
Odczekaliśmy chwilę, nie wracali… Zamknęliśmy wszystkie możliwe zasuwy i zamki i czekaliśmy przerażeni co będzie dalej. Baliśmy się o naszych rodziców, baliśmy się o siebie i siedzieliśmy wszyscy na kanapie przytuleni do siebie, milczący i zestrachani. Trwało to chyba z godzinę, albo dłużej, aż do drzwi znowu rozległo się pukanie, ale było słychać już uspakajające głosy rodziców:

- Otwórzcie, to my, otwórzcie!
W organistówce, gdzie tropiciele milicjanta się przenieśli, banda wtargnęła do wnętrza mieszkania. Natychmiast podeszli do Haladusa z wyciągniętymi pistoletami w ręku, obrzucając go epitetami. Jednak wujek Franek- tak się do niego zwracaliśmy, mimo, że to nie była wcale rodzina, tylko chrzestny mojego brata, porządny i dobry człowiek, który chwytał się tego zajęcia w poszukiwania chleba, a nie z przekonań politycznych - do tchórzów nie należał. Rejtanowskim gestem rozchylił koszulę na piersi i wykrzyknął:
- Jak coś wam zawiniłem, to strzelajcie!
Sytuację załagodzili jakoś gospodarze przyjęcia, którzy rozpoznali watażkę i ubłagali go, aby w ich domu nie doszło do przelewu krwi. Sprawę, póki co, załatwiono polubownie, a goście, gdy tylko wyszli oczyszczacze Polski z wrogich elementów, wynieśli się czym prędzej do domów.
Haladusowie nocowali u nas, gdyż banda mogła zasadzić się gdzieś przy drodze, a noc była czarna, oświetlenia żadnego, wujek sam i niebezpieczeństwo wisiało w powietrzu. Kilka dni później ludzi we wsi ze snu zbudziły strzały. Koło remizy strażackiej doszło do starcia milicji z członkami bandy. Ślady tego wydarzenia zostały jeszcze długo na ścianie stojącego obok domu pana Wereckiego, który prowadził tutaj sklep. Milicja miała przewagę, pognano członków bandy w kierunku lasu. W okolicach Wilczkowa zginął dowódca, resztę aresztowano i tak skończyła się działalność bandy.
Jeszcze kilka lat po wojnie można było spotkać w łanach zboża legowiska, pootwierane puszki, oznaki jakiejś tajnej działalności. Nad rzeką znaleziono ciało zastrzelonego mężczyzny, którego śmierć z tymi ludźmi wiązano. Zatrzymam się przy tym wydarzeniu, gdyż zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie. Na wieść o trupie nad rzeką wyruszyliśmy całą gromadką aby spojrzeć w oczy śmierci. Do tej pory nie nadarzyła się jakoś okazja. Mężczyzna leżał w wiklinach, po drugiej stronie rzeki, kredowobiały, w ciemnym garniturze, sztywny i wyprostowany jak struna. Kręcili się obok niego milicjanci. Odpędzili nas natychmiast, ale zdołaliśmy omieść wzrokiem miejsce wydarzenia i zostało w nas to już na zawsze. Przez lata oglądałam się niespokojnie przechodząc tamtędy.
Wieś też się bała - podpaleń, napaści - i w trosce o bezpieczeństwo ustanowiono urzędowo wachę. Była to straż sąsiedzka składająca się z dwóch mężczyzn, którzy nocą patrolowali okolicę. Ustalano kolejność dyżurów. Zdający wachę przekazywał następcy listę, na której wpisywano datę i nazwisko pełniącego straż oraz wielką lachę, atrybut władzy strażnika. Mama bardzo się bała, gdy kolej strażowania przypadała na tatę. Całą noc paliła się wtedy lekko przykręcona lampa naftowa, a tato musiał przychodzić co jakiś czas do domu, aby się odmeldować się u swojego dowódcy, naszej mamy. Mimo, że starał się zachowywać cicho, i tak się budziliśmy. Pił coś ciepłego i szedł dalej. My zasypialiśmy, a mama chyba czuwała razem z nim do rana. Wacha uratowała księdza od śmierci. Kiedy podejrzani ludzie zaczęli otaczać plebanię, dano znać o tym księdzu od strony, która była wolna od bandytów. Zdołał uciec przez okno i schronić się w pobliskim domu. Oprawcy wdarli się na plebanię, ale księdza nie zastali. Chodziło oczywiście o pieniądze, które spodziewali się znaleźć. Po kilku latach, gdy sytuacja się ustabilizowała, zaniechano wachy.


Halina Studzińska – „W cieniu jesionów”
Wydawnictwo Projekt Plus , Winiary 2011 ISBN:978-83-932165-1-2

Przypisy:
 Członkowie bandy ukryli się w zabudowaniach gospodarczych Wereckiego. Milicja ostrzeliwała posesję  z oddalenia. Budynek został zniszczony, spłonął, a członkowie bandy uciekali w kierunku Wilczkowa. Przywódca zginął, a banda została zlikwidowana.


Lata 1945-1948
chociszew.pl/historia/fakty-i-mity/dzia-alno-ak-1945-1948/



Rok 1946 wyroki sądowe dotyczące żołnierzy oddziału Groźnego. 
Nie jest mi znane źródło pochodzenia tego ogłoszenia.